|
|
||||
| ||||
środa, 9 grudnia 2015
w okolicy walentynek, spojrzenie na miłość
fragment artykułu opublikowanego w cyklu trzech artykułów w
miesięczniku SZAMAN, nr.11.2009, 12.2009, 01.2010
Wokół nas misie i serduszka, stoliki w restauracjach
zajęte przez zapatrzone w siebie pary, ktoś przemyka ulicami z różą, inny
zagląda z niepokojem do skrzynki pocztowej; „czy jestem dla kogoś atrakcyjny”? Atmosfera
wokół słowa miłość zagęszcza się w
oczekiwaniach, wymaganiach, drżeniach radości i smutkach zawodu…
Koncepcja Berta Hellingera jest osnuta wokół miłości.
Tej podstawowej, a zarazem potężnej z której powstaje życie, czyli miłości
pomiędzy kobietą i mężczyzną. Miłości w rodzinie. Wreszcie wokół miłości
obejmującej szeroki widnokrąg, którą Bert Hellinger nazwał miłością ducha.
Warto posłuchać, przyglądnąć się tym ujęciom miłości.
Bert Hellinger obserwując dynamikę ustawień opisał
zasady rządzące miłości, nazwał je porządkami
miłości. Jakież to tajemnicze zasady kierują naszym życiem uczuciowym,
rodzinnym i partnerskim?
Po pierwsze są one głęboko ukryte i najczęściej nie jesteśmy
ich świadomi. Porządek miłości opisany przez Hellingera nie dotyczy reguł
zewnętrznych, ale porządku i poukładania w naszym wnętrzu. Po drugie zasady te
brzmią nieco archaicznie. Po trzecie niezwykle skutecznie sprawdzają się w
życiu.
Kiedy spotkałam się z nimi pierwszy raz przyznam, że
niektóre budziły moje wątpliwości, a nawet oburzenie. Jednocześnie czułam
w nich głęboką mądrość, nawet jeśli moje dotychczasowe przekonania i poglądy
stały w sprzeczności z tezami hellingerowskimi. Najpierw z dystansem
przyglądałam się, potem przeszłam przez liczne doświadczenia osobiste z metodą
B. Hellingera. Dziś mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że z
doświadczeń tych wynikło dużo dobrego w moim życiu.
Zachęcam do spokojnego kontaktu z myślami B. Hellingera;
przyglądaj się, słuchaj, analizuj, abyś mógł wyrobić sobie własne zdanie. Nikt
uparcie trwający przy jedynie słusznych przekonaniach nie zrobi kroku
naprzód…
Co konkretnie B. Hellinger mówi na temat miłości
kobiety i mężczyzny?
O chłopcu, który spotkał dziewczynkę…
Mężczyzna spotyka kobietę, porywa ich wzajemna
fascynacja. Początek pięknej historii. Czy koniec też przypomina bajkę, a oni
żyją długo i szczęśliwie? Niestety ostatnimi czasy z bajek realizują się zwykle
tylko pierwsze akapity. Mija zauroczenie, marzenia pryskają jak bańki mydlane,
a księżniczka z księciem pozostają rozczarowani, z pretensjami lub poczuciem
winy. „To znów nie ten, nie ta” – myślimy rozchodząc się. Czekamy na kolejny
obiekt chwilowej adoracji. Taki scenariusz jest coraz częstszy, szczególnie dla
pokolenia współczesnych 20, 30-to latków. Co się wydarzyło w opisanej
historii? Otóż nie mężczyzna spotkał kobietę, tylko chłopiec spotkał
dziewczynkę. Spotkało się dwoje, którzy jeszcze nie dojrzeli to wspólnego tworzenia
związku. Mogą się sobą jedynie zachwycić, a potem rozczarować. Nie przechodzą
pomyślnie próby czasu.
Czego potrzebuje kobieta i mężczyzna, by mieli
szansę zbudować dobrą relację miłości?
Nie da sąsiad ni sąsiadka tego, co da ojciec i
matka…
W miłości jest kilka magicznych słów, jedno – bodajże
najistotniejsze – to szacunek. Kiedy mówię „szanuję Cię jako mężczyznę, szanuję
Cię jako kobietę z wszystkim co Twoje” wówczas otwieram drzwi dla miłości. Na
pozór proste i oczywiste. Niemniej budowanie szacunku wobec partnera to
potężny proces nad którym zwykle pracujemy wiele lat.
Kiedy możemy szanować tego kogo kochamy?
Wówczas gdy sami szanujemy swoją płeć oraz wszystko,
co jest nasze, czyli mówiąc szumnie - nasz los. Według Hellingera jest to
możliwe tylko po warunkiem posiadania dobrego nastawiania i szacunku do naszych
rodziców. Niestety – na nic najwspanialsza partnerka o figurze modelki, na nic
macho o uroku Roberta Redforda, na trwałą miłość nie mamy szans, gdy będziemy z
niechęcią patrzeć na własną mamusię i tatusia.
Na czym polega potężny wpływ naszego stosunku do
rodziców na tworzenie przez nas związków miłosnych?
Początek życia zarówno chłopca jak i dziewczynki
pozostaje pod wyraźnym wpływem matki. Nawet współcześnie, gdy role wychowawcze
ojca i matki często się „uśredniają”; tatusiowie kąpią, wyprowadzają na
spacerki, a mamy działają w biznesie- nawet wówczas ta pierwsza, głęboka
relacja z jedną osobą – matką – jest bazą kontaktu z ludźmi na całe życie. W
życiu chłopca następuje moment, gdy powinien on wychodzić spod wpływów matki i
przejść pod skrzydła ojca. Jeśli tego nie uczyni – ponieważ ojciec jest
nieobecny lub matka jest niechętna takiemu procesowi uważając ojca za
niewłaściwego – wówczas chłopak nie zbuduje swojej męskości, pozostanie w
„orbicie” kobiecości. Jak funkcjonuje taki mężczyzna? Na pierwszy rzut oka dla
wielu kobiet to ideał – zwykle czuły (do pewnego momentu…), wrażliwy,
rozumiejący kobiety, wie jak zadowolić kobietę, więc sprawdzi się jako
cudowny kochanek. Mężczyzna taki potrzebuje kobiety, podobnie jak mały chłopiec
potrzebuje matki. Szuka więc kobiet sprawiających wrażenie silnych, a takich w
dzisiejszych czasach nie brakuje. Potrzebuje kobiety, ale nie może jej
szanować, z całą jej kobiecą odmiennością. On po prostu tej kobiecej
odmienności „nie czuje”, bo sam jest niejako kobiecy. Jednoczesne przyciąganie
do kobiet idzie u niego w parze z chęcią ucieczki, bo intuicyjnie wie czym
grozi pozostanie „pod skrzydłami mamusi”. Problem w tym, że nie wie, gdzie ma uciec,
w efekcie często ucieka do kolejnej kochanki… Dawniej istniały rozmaite rytuały
inicjacyjne ułatwiające mężczyźnie ruch w kierunku tego, co męskie. Dziś
pozostaje posłuchanie Hellingera – by nauczyć się być mężczyzną trzeba
psychicznie zbliżyć się do własnego ojca, uznać, że to „ok. facet” i czerpać z
niego pełnymi garściami. Według Hellingera – mężczyzna tylko rezygnując z tego,
co w nim kobiece może nawiązać trwałą relację z kobietą. Przyjmuje on wówczas
kobietę jako dar i ma dla tego daru i dla kobiety szacunek.
A jak sprawa wygląda z dziewczynkami?
Hellinger bliski jest Freudowi mówiąc, że dziewczynki
początkowo podobnie jak chłopcy są w przestrzeni wpływu matki, jednocześnie odczuwają
fascynację męskością, którą prezentuje ojciec. Jeżeli córka pozostanie pod
urokiem swojego ojca, wówczas będzie funkcjonowała jako „córeczka tatusia”,
dobrze będzie czuła się jako kochanka, ale nie jako kobieta. By stać się
kobietą, dziewczyna musi ponownie zwrócić się ku swojej matce, niejako
„pochylić głowę” przed matką – wówczas będzie szanowała to co kobiece, a
jednocześnie będzie szukała mężczyzny jako swojego „dopełnienia”.
Pożegnanie księcia i księżniczki czyli zakochanie jest
ślepe, miłość ma otwarte oczy…
Paradoksalnie powrót kobiety do matki i mężczyzny do
ojca otwiera nam bramę do stania się dojrzałymi partnerami. By być dojrzałym,
najpierw trzeba się poczuć dzieckiem. Niby to proste i banalne, ale iluż z nas
czuje się lepszymi od swoich rodziców? Ilu z nas pomieszały się role i
zatraciliśmy poczucie „kto w tym układzie jest mądrzejszy i większy”? Ilu z nas
ciągle mniej lub bardziej świadomie niesie dziecięcą potrzebę by „uratować”
swoich rodziców, bo na przykład byli smutni lub chcieli odejść? W ten sposób
również stawiamy się ponad nimi, zamykamy się na strumień płynący od
rodziców. „Rzeka nigdy nie płynie pod górę” mówi Hellinger. Rodzice dają, a
dzieci biorą. Nieporządek wkrada się, gdy dzieje się na odwrót.
Dla uczestników warsztatów hellingerowskich
zaskakującą ulgą jest powrót na dobre dla nich miejsce w rodzinie – poczucie
się w pełni córką swojej matki, i synem swojego ojca. Dopiero z takiego punktu
czują, że mogą ruszyć „na spotkanie miłości”.
Co ciekawe - nie trzeba wówczas szukać księcia i
księżniczki z bajki. „Tylko ty jedyny…” – słychać w romantycznych piosenkach i
wierszach. Z tym śpiewem na ustach „mamisynkowie” i „córeczki tatusia”
nieustannie poszukują ideałów, którzy wreszcie zaspokoiliby ich dziecięce
marzenie o totalnym ukojeniu. Dojrzali kobieta i mężczyzna wiedzą, że partner
nie musi być idealny. Nie jest po to, by spełniać dziecięce marzenia o arkadii.
Patrzą na partnera z wszystkimi jego zaletami, wadami i uwarunkowaniami. Gdy
wychodzi się z postawy szacunku wobec tego, co w drugim człowieku inne, wówczas
okazuje się że tak naprawdę każdy jest „wystarczająco dobry”…
Hellinger mówi o miłości od pierwszego i drugiego
wejrzenia. Pierwsza jest fascynacją, powrotem do uczucia dziecka znajdującego
pełnię zaspokojenia przy piersi i u boku matki. Wszyscy zakochując się mylimy
obiekt naszych uczuć z matką – twierdzi Hellinger. Wierzymy, że wreszcie
znalazł się ktoś kto nas uszczęśliwi. Gdy już zorientujemy się, że to
niemożliwe… wówczas mamy szansę na miłość od drugiego wejrzenia. Możemy teraz
pokochać nie ideał, ale konkretnego człowieka. Ta miłość może trwać i rozwijać
się.
Równowaga w związku czyli balans na cienkiej linie…
Etap zakochania mamy już za sobą, nadal szukając
odpowiedzi na pytanie „co czyni miłość szczęśliwą” dochodzimy do tematu
potrzebnej równowagi. W czym pomiędzy mężczyzną i kobietą musi być zachowana
równowaga, by mogli stworzyć udany związek?
Po pierwsze w dawaniu i braniu. By związek był
udany muszę zarówno dawać jak i brać. Ruch ten dotyczy rozmaitych sfer życia;
materialnej i emocjonalnej. Wyobraźmy sobie partnera inwestującego w rozwój
swojej „drugiej połowy” – na przykład w postaci finansowania wykształcenia.
Jeżeli finansowany partner w jakiejś formie nie odda współpartnerowi włożonego
w siebie nakładu, wówczas będzie czuł obciążenie tym co dostał. Ten ciężar może
być na tyle dotkliwy, że obdarowany będzie chciał odejść.
Inna sytuacja dotyczy oczekiwań stojących za
romantycznymi wyznaniami „bez ciebie nie mogę żyć”, „jeśli odejdziesz, moje
życie straci sens…”. Początkowo takie zdania miło łechcą ego, z czasem stają
się obciążeniem nie do zniesienia. Bo któż może drugiemu dać sens życia? Jest
to zadanie dla rodziców małego dziecka; to oni mają dać poczucie
bezpieczeństwa, sensowności istnienia na świecie i nadziei. Oczekiwanie
zaspokojenia tych potrzeb w partnerstwie jest nieadekwatne. Partner, na którego
barki złoży się tak wiele, prawdopodobnie po jakimś czasie „odmówi
współpracy”.
Podobnie równowaga potrzebna jest w życiu seksualnym pary;
trudno jest utrzymać związek, w którym pożądanie leży tylko lub głównie
po stronie jednego z partnerów. Musi on wówczas „prosić”, jest na słabszej
pozycji, a drugi może go zawsze odrzucić nie ponosząc ryzyka.
Dynamika dawania i brania dotyczy również wyrządzonych
krzywd. Jeżeli w partnerstwie doznaliśmy jakiegoś zranienia, na przykład
partner nas zdradził, zrobił jakichś ruch wymierzony przeciwko nam, wówczas aby
przywrócić spokój, my również powinniśmy wyrządzić mu jakiś rodzaj krzywdy.
Wielu to oburza. A gdzie nadstawianie drugiego policzka? Gdzie wybaczanie?
Według Hellingera wybaczając stawiam się na pozycji „ponad” tym, któremu
„odpuszczam winy”. Jestem wówczas silniejszy i dominujący, co często tylko
wypełnia cyrkularną dynamikę kata i ofiary. Tymczasem każdy musi swoją
odpowiedzialność ponieść sam. Prośba „wybacz mi” jest próbą „pójścia na
skróty”. Wybaczenie nic nie załatwia, daje tylko pozory spokoju. To, co można
zrobić to powiedzieć z głębi serca „przykro mi, że tak się stało”. I pozwolić,
żeby partner również miał prawo do swojej „małej zemsty” za doznane przykrości.
Wówczas ma szansę nastąpić równowaga.
Hellinger bardzo pięknie i prosto opisał dynamikę
dobrego dawania i brania w związku. Gdy otrzymuję coś dobrego, mogę oddać odrobinę
więcej i wówczas związek się rozwija. Gdy spotyka mnie coś złego ze strony
partnera, dobrym wyjściem jest oddać to złe, ale w dawce mniejszej. Wówczas
dobro się rozwija, zło maleje, a szansa na udany związek znacznie rośnie.
Oprócz dawania i brania równowaga potrzebna jest też w
innych obszarach. Na przykład, gdy jeden z partnerów próbuje wychowywać
drugiego, czyli wchodzi w role właściwą rodzicom – wówczas zaburza się harmonia
w związku.
Równowaga potrzeba jest także w uznaniu ważności
rodzin, z których pochodzą partnerzy. Gdy w związku mówi się „moja rodzina jest
lepsza”, bo bogatsza, mądrzejsza czy mająca jakąkolwiek inną przewagę, wówczas
niszczy się związek. Para musi po pierwsze uznać, że obie rodziny pochodzenia –
jakąkolwiek trudną czy pomieszaną historię niosą - są po prostu równie dobre.
Po drugie dostrzec wzorce i przekonania wyniesione z domów, a następnie na tej
bazie w partnerstwie budować własne modele. Często to istna droga przez
ciernie; bo czy na wigilię ma być barszcz, czy grzybowa? W końcu gotujemy zupę
rybną i w niej odnajdujemy własny przepis na szczęście.
Więź czyli siła alkowy.
„Nie mogę uwierzyć, że moja dawna miłość ma takie
znaczenie…” mówi zadziwiony Jan patrząc na ustawienie swojej rodziny. Przyszedł
na warsztaty z powodu kłopotów z dorastającą córką. Reprezentantka jego córki
ciągle patrzy się w kierunku reprezentantki pierwszej wielkiej miłości Jana,
kobiety, z którą ostatecznie się rozstał, a później poznał swoją żonę. Córka i
„pierwsza miłość” są ze sobą nieświadomie związane. Dlatego córce tak trudno
jest odnaleźć miejsce przy własnej matce, a w efekcie swoje miejsce w życiu.
Skąd taki zadziwiający obraz?
Hellinger w praktyce ustawień odkrył znaczenie relacji
tworzącej się miedzy mężczyzną i kobietą gdy następuje pomiędzy nimi zbliżenie
seksualne. Nazwał ją więzią. W tym sensie każdy akt seksualny jest „wiążący”,
ma on istotne znaczenie dla naszej duszy, a partner seksualny na trwałe wpisuje
się w nasze życie. Możemy się z nim rozstać, możemy o nim zapomnieć,
możemy go nawet znienawidzić, niemniej na głębokim poziomie zawsze pozostaniemy
związani. Każda kolejna więź ma słabszą siłę, ta „któraś z kolei” nigdy nie
będzie miała mocy pierwszej, co nie znaczy, że miłość w kolejnym związku nie
może być głębsza i dojrzalsza. Chodzi to o pewien rodzaj biologiczno- duchowego
powiązania, które w swojej istocie przekracza nawet nasze zdolności
pojmowania.
Stąd tak istotne jest zrobienie „porządku” w naszych
sercach z poprzednimi związkami.
W swoim ustawieniu Jan ze łzami w oczach patrzył na
reprezentantkę Zofii, swojej pierwszej miłości, potem powoli wypowiedział słowa
„szkoda, że nam się nie udało”, po chwili dodał „biorę część mojej
odpowiedzialności za to, że nam nie wyszło, twoją pozostawiam przy tobie”.
Teraz mógł popatrzeć na reprezentantkę swojej aktualnej żony, miał poczucie,
jakby zobaczył ją pierwszy raz w życiu, jakby jej obraz wcześniej był
przysłonięty przez nie załatwioną historią. „Dziękuje, że czekałaś” powiedział
z miłością do żony. Teraz wreszcie był w pełni obecny, a ich córka Karolina
mogła znaleźć dobre miejsce obok swoich rodziców.
Jabłka pod jabłonią.
Czy Karolina miałaby szansę na udany związek, gdyby
jej ojciec nie zrobił „porządku” w swoich spawach sercowych. Prawdopodobnie
będąc głęboko związaną z pierwszą miłością ojca chętnie wybierałaby role
nieszczęśliwych kochanek. Karolina gdzieś w głębi serca czuła bliskość z Zofią,
choć nigdy jej nie poznała, widziała tylko jakieś ukrywane na dnie albumu
zdjęcie, od babci usłyszała kilka informacji. Temat należał do tabu. Takie
wiążą nas najbardziej.
Ustawienia pozwalają rozwikłać pogmatwane losy.
Pokazują czyje historie osób w rodzinie dźwigamy i z kim jesteśmy nieświadomie
związani; z dziadkiem, który zginął na wojnie, z wcześnie zmarłym dzieckiem lub
z ciocią, która jako Żydówka nigdy nie odnalazła swojego miejsca w rodzinie.
Ile osób, tyle historii. Jesteśmy dziećmi naszych rodzin i całkowicie
nieświadomie z miłości do naszych najbliższych chcemy „ratować” i „naprawiać”
to, co było trudne. Powtarza się prawidłowość dotycząca „recepty na szczęście”
- żyć swoim życiem i stworzyć udany związek możemy zajmując przynależne nam,
własne miejsce w rodzinie. By je uzyskać musimy pożegnać się w naszym sercu
z przodkami, przestać „dźwigać ich los”, a tym samym mieć dla nich
prawdziwy szacunek.
Wtedy możemy żyć „pełnią życia”. Wybór należy do nas….
Agnieszka Gąsierkiewicz
pojednanie, zima 2010/11
Patrząc na etymologię słowa pojednanie dostrzegamy, że mówi
ono o „stawaniu się jednym” czyli o łączeniu tego, co było rozdzielone.
Grudzień w naturalny sposób prowadzi nas w kerunku pojednań. Być może
chłód na zewnątrz sprawiał, że od stuleci ludzie po ekspansywnych
ciepłych
miesiącach teraz gromadzili się wspólnie, siadywali przy stole i mieli
czas na
refleksję… nadszedł czas by się pogodzić. Rytuał wieczerzy wigilijnej
pomagał
wyciągać rękę do tego, z kim było się skłóconym, puste miejsce przy
wigilijnym
stole zapraszało nieznanego gościa jakbyśmy mówili ”choć się nie znamy,
możesz być jednym z nas”. Jesteśmy jednym z wrogiem, jesteśmy jednym z
obcym, stajemy się równi...
czas na pojednanie.
Pojednanie jest potrzebne tam, gdzie coś zostało
rozdzielone.
Naszym udziałem są rozmaite konflikty; od tych najbardziej
osobistych – konfliktów przebiegających w naszym wnętrzu, poprzez konflikty
międzyludzkie; rodzinne, sąsiedzkie, zawodowe, aż do większych konfliktów
społeczno – narodowościowych. Konflikty są częścią życia,
dzięki nim niekiedy robimy znaczny krok naprzód. Nie wydarzyłby się on w
spokoju zgody. Konlikty są motorem zmiany, częścią ruchu, niekiedy
powodowanego przez nas samych, niekiedy znacznie od nas większego,
ruchu, w który jesteśmy wciągnięci. Czy moglibyśmy istnieć bez
konflktów?
Czy
konflikty na wielu dośwadczanych przez nas płaszczyznach (wewnętrznej,
międzyludzkiej, społecznej, narodowościowej) mają ze sobą coś wspólnego?
Czy
rozwiązanie szerokich konfliktów międzyludzkich, choćby narodowościowych
nie
zaczyna się w duszy konkretnego człowieka? A może konflikty w nas
samych,
wewnętrzne spory pomiędzy naszymi potrzebami, uczuciami są odbiciem tych
większych konfliktów, w które jesteśmy często nieświadomie włączeni, tak
jakbyśmy przenosili to co na zewnątrz do własnego wnętrza?
Konflikt powstaje, gdy mówię do innego „ty jesteś "zły", nie
masz prawa, by tu być”. Mówię tak do części mnie, na którą patrzę niechętnie,
mówię tak do innego człowieka. Co popycha mnie do oceniania, zarówno siebie
samego jak i drugiego człowieka? Według Berta Hellingera impuls wypływa z
sumienia. Sumienia rozumianego nieco inaczej niż w tradycyjnym ujęciu.
Poniżej fragment z książki Berta Hellingera „ WIELKI
KONFLIKT od uwikłań rodzinnych do nierozwiązanych konfliktów między narodami”
wyd. Czarna Owca 2010, tłum. Ewa Urbańska, str. 81
„SUMIENIE I KONFLIKTY
Sumienie to przede wszystkim instynktowna wiedza, która
towarzyszy każdemu działaniu nakierowanemu na innych ludzi. Jest to wiedza
dotycząca tego, co:
- jest niezbędne, aby przynależeć
- jestem komuś winien, bo coś od niego dostałem, albo coś złego mu wyrządziłem,
- jestem winien grupie, abym mógł w niej zostać i działać, czyli jaki musi być mój wkład w dalszy rozwój grupy.
CZYSTE I NIECZYSTE SUMIENIE
Skąd wiemy czego wymaga od nas sumienie? Mówi nam o tym
poczucie winy (oznaka nieczystego sumienia) i niewinność (oznaka czystego
sumienia). Nieczyste sumienie powoduje, że zmieniamy postępowanie. I wtedy
znika poczucie winy. Czujemy się niewinni, mamy czyste sumienie. Sumienie nie
narzuca nam tego, co powinniśmy w konkretnej sytuacji zrobić. Mamy pewną
swobodę w wyborze środków. Możemy więc wypróbować różne warianty i sprawdzać
metodą prób i błędów, w jakim stopniu są pomocne w pozbyciu się nieczystego
sumienia.
MITY
Wokół czystego i nieczystego sumienia narosło wiele
wyobrażeń i mitów, których nie można sprawdzić. Przypisują one sumieniu
znaczenie, które – jeśli weźmie się pod uwagę to, czego można doświadczyć – mu
nie przysługuje. Wśród nich znalazło się twierdzenie, że sumienie to głos Boga
w naszej duszy, za którym musimy podążać. Gdyby tak było, wszyscy ludzie
mieliby to samo sumienie. Wtedy na przykład w czasie wojny lub konfliktów
przeciwnicy nie mogliby ze sobą walczyć – z tym samym czystym sumieniem. A tak
najwyraźniej nie jest.
Sumienie przede wszystkim zapewnia nam przynależność do
ważnych dla nas grup, zwłaszcza tych grup, od których należy nasze przetrwanie.
Wiąże nas ono z tymi grupami niezależnie od tego, czego one od nas
wymagają.
SUMIENIE I GRUPA
Na początku czujemy się tak bardzo częścią grupy, ze poza tą
grupą jesteśmy niekompletni i zagubieni, zwłaszcza wtedy, gdy nie możemy się
przyłączyć do podobnej grupy. W grupie, która jest ważna dla naszego
przetrwania każda część służy całości. Wszyscy czują się przynależni do grupy i
wobec niej zobowiązani, a w razie potrzeby są gotowi poświecić się dla niej.
Jednostka spełnia się w grupie i w niej przetrwa, nawet jeśli polegnie, służąc
jej.
Sumienie w
mniejszym stopni służy prztrwaniu jednostki, w większym przetrwaniu grupy. Jest
przede wszystkim sumienie grupy. Tylko wtedy, gdy sobie to uświadomimy i
potraktujemy poważnie, zrozumiemy powody wielu zachowań; swoich własnych i
innych osób, które wydawały się nam dziwne i niedorzeczne.
Aby
przynależeć, jednostka zrobi wszystko, czego zażąda ważna dla niej grupa. Gdy
podąża za głosem sumienia, nie ma niezależnego „ja”. Cokolwiek będzie
traktowała jako swoje „ja”, będzie tak naprawdę „ja” grupy. Dlatego tak wielu
ludzi taci panowanie nad sobą, traci rozsądek i zdolność różnicowania. Stają
się oni często niebezpieczni dla innych i budzą lęk.
BOJAŹŃ SUMIENIA
Dominacja grupy nad jednostką prowadzi do narodzin
kolektywnych poglądów. Nie wytrzymują one trzeźwej oceny, jednocześnie nie
dopuszczają do niej i wręcz jej zakazują. W tym momencie staje się jasne ile
wysiłku kosztuje jednostkę wyzwolenie się spod wpływu sumienia grupowego i jego
zaleceń. Musi ona pokonać lęk przed sankcjami. Grążą jej nimi i nakładają je na
nią ci, Którzy trwają przy poglądach i zaleceniach grupy.
Dopiero pokonawszy ten lęk, jednostka
może się zmierzyć z rzeczywistością i dostrzec to, co tylko częściowo albo
całkowicie wyleczy ją ze ślepoty i wyzwoli z pęt sumienia.
RÓWNE PRAWO PRZYNALEŻNOŚCI
Sumienie grupowe narzuca nam dwa podstawowe prawa. Pierwsze
prawo brzmi; Każdy członek grupy ma równe
prawo przynależności. Nie zezwala on na wykluczenie członków grupy. Dlatego
wszyscy członkowie grupy mogą czuć się w granicach działania tego sumienia
bezpieczni. Jeżeli mimo to ktoś zostanie wykluczony – często pod wpływem
osobistego sumienia – sumienie grupowe zastępuje wykluczonego członkiem grupy z kolejnego pokolenia. Ten członek czuje i
zachowuje się tak, jak tamten wykluczony, ale ani on, ani grupa nie uświadamiają
sobie tego.
Sumienie
grupowe czuwa więc nad kompletnością grupy. I chce tę kompletność
przywrócić, jeżeli zastała utracona. Nie
bierze przy tym pod uwagę powodów, które doprowadziły do wykluczenia. Dlatego
to sumienie jest amoralne, lub mówiąc ściślej, przedmoralne. Jest to archaiczne
sumienie, które nie zna jeszcze rozróżnienia między dobrem a złem w sensie
moralnym. […]
WCZEŚNIEJSI I PÓŹNIEJSI
Drugie prawo brzmi; Kto
wcześniej był członkiem grupy, ma
pierwszeństwo przed tymi, którzy dołączyli do niej później.
Jaki jest sens tego prawa i co
ono powoduje? To prawo przyporządkowuje każdemu członkowi grupy miejsce
odpowiadające jego wiekowi. Patrzącemu z zewnątrz to prawo wydaje się
hierarchiczne. Tymczasem broni ono równości, ponieważ daje każdemu członkowi
grupy te same możliwości rozwoju i
awansu. Tych możliwości nie trzeba zdobywać, nie trzeba o nie walczyć.
Pojawiają się one same z siebie w miarę upływu czasu.
Dlatego to prawo zapewnia grupie
wewnętrzny spokój, zapewnia porządek i spójność. Zapobiega rywalizacji walce o
wyższą pozycję. Służy przetrwaniu grupy.
Kto wykracza przeciw temu prawu,
staje się dla grupy wrogiem wewnętrznym. Traci praw przynależności i pod presją
sumienia grupowego zostaje wyrzucony z grupy. W dawnych czasach oznaczało to,
ze nie był w stanie przeżyć. Kiedy chodzi o przetrwanie grupy, także dla tego
sumienia dopuszczalne jest odebranie komuś prawa przynależności.
To o czym tu piszę wynika z obserwacji,
tragedie rodzinne zaczynają się wtedy, gdy jeden z członków rodziny występuje
przeciw temu prawu.
TRAGIZM
W tragediach greckich, a także w tragediach rodzinnych
widzimy, że ten, który przyszedł później, miesza się w sprawy tego, kto był
przed nim. Zwykle polega to na tym, że chce za tego człowieka przejąć coś, do
czego nie ma prawa. Na przykład dzieci próbują wziąć na siebie winę, zadanie
lub pokutę rodziców. Podążają przy tym za swoim sumieniem i czują się niewinne.
Wykraczają przeciw drugiemu prawu sumienia grupowego, ale tego nie widzą, bo
sumienie osobiste żąda tego naruszenia i nagradza za nie poczuciem prawości i
niewinności. Sumienie grupowe każe takie dzieci porażką. Dlatego wielkie
tragedie kończą się z reguły śmiercią
bohatera.
Bohaterowie
tragiczni są w swych sercach dziećmi chcącymi zrobić coś dla tych, którzy byli
przed nimi.
DROGI WYJŚCIA
Z wglądów wynika zrozumienie funkcji obu tych sumień: z
jednej strony przeciwstawnych, z drugiej uzupełniających się. Dopiero dzięki
tym wglądom możemy zrozumieć to, co nierozsądne, ślepe lub mordercze zarówno w
naszym zachowaniu, jak i w zachowaniu innych ludzi. Dopiero dzięki tym wglądom
dostrzegamy kulisy niektórych chorób i samobójstw, kulisy walki o władzę, którą
wszyscy przegrywają.
ZGODA
Dzięki zrozumieniu osiąganemu tą drogą przekraczamy granice
swojego sumienia osobistego, a przede wszystkim granice, które wyznacza nasze
postrzeganie. Nie musimy jednak opuszczać grup, do których przynależymy. To
zrozumienie służy bowiem także naszym grupom i ich dalszemu rozwojowi. Pomaga
im otworzyć się na inne grupy, inne wglądy i inne możliwości, na które pod
rządami sumienia osobistego, dotychczas
się zamykały. […]
ZŁO
Sumienie osobiste skłania nas do rozróżniania dobra i zła:
mówimy, że ktoś jest dobry, a ktoś zły, że czyjeś zachowanie jest dobre, a
czyjeś złe. Ale co jest złe, a co dobre? To niezwykle ograniczone pojęcie.
Dobre jest to, co zapewnia nam przynależność do rodziny. Złe jest to, co
zagraża naszej przynależności do rodziny.
To
rozróżnienie jest w rodzinie szalenie ważne. Pozwala nam zachować więź z
rodziną. Za pomocą tego rozróżnienia oceniamy inne grupy. Są one dobre wtedy,
gdy są takie, jak nasza rodzina, gdy pasują do wyobrażeń o wartościach naszej
rodziny. […]
A więc dobrzy ludzie, ci tak
zwani dobrze ludzie, którzy chcą pójść do nieba, nie chcieliby w żadnym wypadku
w niebie spotkać ludzi, którzy są inni. Dzieje się tak pod wpływem sumienia. To
ono tworzy niebo i piekło. […]
DOBRO
Dobre według praw sumienia jest to, co łączy nas z naszą
rodziną i co jest zgodne z wartościami naszej rodziny. Ale każda rodzina ma
swoje własne sumienie, różniące się od sumień innych rodzin. Dlatego sumienie
naszej matki jest inne niż sumienie naszego ojca. A my inaczej zachowujemy się
przy matce, a inaczej przy ojcu.
Są zatem
rodziny, w których uważa się za dobre coś, co w innych rodzinach postrzegane
jest jako niegodne. To, co dla jednych jest dobre, dla innych jest straszne.
Widzimy to w czasie wojen. Obie strony czują się z reguły dobrze, ponieważ grupy,
do których należą, uważają ich czyny za dobre, a nawet za bohaterskie. Mają
czyste sumienie. Ale co robią jako bohaterowie? Zabijają. Jakie więc mają
czyste sumienie? Czyste sumienie dziecka. Wszyscy bohaterowie są dziećmi.
Oczywiście jest w tym stwierdzeniu trochę przesady. Ale jeśli się dokładnie
przyjrzymy, to zobaczymy, że terrorysta podczas wypełniania swojej bohaterskiej
misji patrzy przede wszystkim na swoją matkę. Bo matki są szczególnie dumne ze
swoich bohaterskich synów i córek.
WIELKIE DOBRO
Możemy też zauważyć, że z głębi duszy pochodzi dobro
przekraczające granice sumienia. To wyższe dobro. Łączy ono w duszy to, co zostało rozłączone.
To, co sumieniu wydaje się albo dobre, albo złe, na tym poziomie zostaje
złączone jako równe w obliczu czegoś większego.
Ponad tym
jest jeszcze inny, bardziej ogólny ruch, potężny ruch. Wyższe dobro jest poza
tym, czego pragniemy jako dobrego i czego możemy doświadczyć jako dobrego.
Na tym
poziomie nawet śmierć wydaje się dobra i katastrofy są dobre, zupełnie oderwane
od naszego osobistego szczęścia. W tym znaczeniu ewolucja też jest dobra, mimo
strat jakimi zostaje okupiona. W wyniku ewolucji powstaje coś nowego, coś, co
może przekraczać nasze pragnienia i wyobrażenia.
Jak możemy
połączyć się z tym wielkim dobrem? Zgadzając się na nie – takie jakie jest - nie pragnąc, aby było inne. Tak, może nawet
je kochając. Ale nie emocjonalnie, bo nasza miłość emocjonalna jest na to za
mała. Szanujemy to dobro, jako to, którego życzy sobie wyższa siła, i poddajemy
się mu, czegokolwiek od nas zażąda. Zgadzając się na nie, pozostajemy spokojni,
zwróceni ku wszystkim i ku wszystkiemu, dobrzy dla wszystkich i dla
wszystkiego.”
Poniżej fragment z j.w. str. 174
„POJEDNANIE
Zrobię teraz ćwiczenie. Zamknijmy oczy. Każdy z nas może się
udać do swojej rodziny i przyjrzeć się wszystkim, którzy do nie przynależą:
dobrym i złym, sprawcom i ofiarom, niewinnym i winnym. Podchodzimy do każdego z
nich, kłaniamy się przed każdym każdemu
mówimy: ”Tak. Szanuję ciebie, twój los i twoje przeznaczenie. Teraz biorę cię
do serca takiego, jaki jesteś. A ty możesz mnie wziąć do swojego serca”. Na
koniec wszyscy razem odwracamy się w jednym kierunku, w stronę horyzontu i
kłaniamy się głęboko. Przed tym dalekim Ukrytym wszyscy jesteśmy równi.”
Jeszcze
kilka myśli dotyczących konfliktów narodowościowych.
Ustawienia
hellingerowskie zostały stworzone przez Niemca Berta Hellingera, w
Polsce oprócz twórcy metody ważnymi pierwszymi nauczycielami byli
pierwsi uczniowie Hellingera, również Niemcy. Temat relacji pomiędzy
naszymi narodami, wprost lub w sposób ukryty towarzyszy nam wszystkim,
którzy uczyliśmy się od Niemców. Pojednanie jest procesem. Do zdania
"jesteśmy równi" idziemy wspólną drogą... czy ta droga ma swój koniec,
czy może pozostanie drogą i dobrze, gdy na nią wkraczamy? Wspólnie
przechodzimy przez różne etapy; mniej i bardziej świadome uczucia,
złości, niechęci i również tego, co jest głębiej lub ponad; związania
wspólnym losem. Szokujące może być odkrycie miłości leżącej na dnie
owego połączenia wspólnym losem.
Grupa Niemców przyjechała do Wrocławia na polsko- niemieckie szkolenie z Gerhardem Walperem. Dwa obrazy z tego spotkania:
- dla wielu Niemców zaskoczenem było, że Ci, którzy zajęli Ziemie Zachodnie sami byli wypędzonymi. Gerhard Walper mówiąc o wypędzeniu podał obraz, który w moim odczuciu jest dobrym krokiem dla wszystkich wypędzonych (Żydów, Polaków, Niemców) oraz tych, którzy zajęli ich mienie. Ile tu wzajemnych obopólnych uczuć; żalu, złości, lęku, że wrócą... Wyobraźcie sobie nastepujący obraz: dawni mieszkańcy przyjeżdżają do swojego niegdysiejszego domu, zastają tam aktualnych mieszkańców, Ci mówią "o jak dobrze, że jesteście, przez te lata przechowywaliśmy coś dla was. Idą na strych i przynoszą paczkę ze starymi albumami, jakimiś osobistymi rzeczami i wręczają ją przyjezdnym".
- Stoimy wspólnie w Brzezince, grupa kiludziesieciu Polaków i Niemców. Obok nas śpiewa grupa młodych osób z Izraela. Stoję obok Niemca; nie da się odpowiedzieć komu jest łatwiej, komu trudniej. Pierwsze spojrzenie zawsze pada na ofiary, w tym kierunku podąża nasze współodczuwanie. Czy w ogóle możemy to sobie wyobrazić...? Potem powoli spojrzenie kieruje się do Całości, do wszystkich. Jedyne, co jest dobrym rozwiązaniem, to głebokie skłonienie się przed Wszystkimi. Choć dla wielu brzmi to przerażająco, jestem pewna, że jest to jedyne dobre rozwiązanie. I jest ono procesem, nie da się tego "zrobić i mieć spokój". Stoimi tu razem, włączeni w wielki ruch, ze wszystkim co było; z wszystkimi wydarzeniami i odczuciami. Przed wielkim ruchem wszyscy jesteśmy mali.
Matka
Pierwszy
docierając do nas głos, słyszany z przestrzeni doświadczanej jeszcze przed
narodzinami, pierwszy dotyk, pierwszy zapach i tak bardzo ważne pierwsze
spojrzenie.
Potem zwykle pierwsze
samodzielnie wypowiedziane słowo – MAMA.
I historia, która towarzyszy nam
do końca życia, relacja, która nigdy się nie kończy i od której tyle w naszym
życiu zależy. Jest w każdej komórce naszego ciała… czy to nie zadziwiające,
gdy uświadomimy sobie, że każdy najmniejszy element naszego ciała powstał pierwotnie
z komórki naszej mamy i naszego taty, nawet jeśli komórki zdążyły się w naszym ciele
wymienić – to w swoim DNA mają nadal pamięć o naszych rodzicach.… rodzice towarzyszą
nam nieustannie. Są obecni w ciele, ale czy są obecni w sercach?
Czy matka musi
mieć miejsce w naszym sercu? Co się dzieje, gdy go nie ma?
Czy może mieć za dużo miejsca,
tak, że nie starczy już dla kogoś innego?
Ostatnie pytanie przywodzi na
myśl, tych, którzy tak jakby „utknęli” w relacji z matką. Pamiętam około 40
letniego mężczyznę, który nie mógł wejść w dłuższy związek z żadną ze swoich
przyjaciółek, ponieważ nie był „do dyspozycji” żadnej z kobiet, on należał do
swojej mamy, od której co prawda wyprowadził się kilka lat temu, niemniej codziennie
przychodził do niej, choćby na obiad... Na
myśl przychodzi mi też kobieta, która w dojrzałym wieku mieszkała z matką pozostając
z nią we wspólnym bólu, zarówno dotyczącym duszy jak i dręczących obie kobiety dolegliwości
w ciele.
Za takimi historiami stoi wielka
miłość dziecka do matki. Miłość tak wielka, jak wielkie są dla dziecka buty
rodzica, w których próbuje jako dwulatek paradować. Za duża. Z całego serca
chce się powędrować w tych butach, niestety daleko się nie zajdzie… W wielkich butach chodzą Ci, którzy mają
poczucie, że mogą ulżyć swoim matkom, coś dla nich zrobić, zrekompensować im jakiś brak. Ulgę przynosi
wówczas świadomość, że to, co należy do matki, jest znacznie większe od nas, „nic
nam” do osobistych historii mamy, do jej szczególnego, nawet bardzo trudnego
losu. To, co możemy amie podarować, jest zawsze dużo mniejsze od tego, co od
niej dostaliśmy. Staje się to szczególnie wyraźne, gdy popatrzymy na to, co
najistotniejsze w darze od matki, czyli na życie. Czymże możemy to wyrównać? Wobec
matki pozostajemy zawsze dzieckiem, przy niej jesteśmy tym „mniejszym”. Nie
mamy prawa, nawet w naszej największej miłości, zmieniać tej proporcji. Gdy
zachowamy swoją „mniejszą” pozycję przy matce, ona sama na tym zyskuje siłę. Jest
to jedna z tych rezygnacji, która przynosi ulgę i wszyscy przy niej wzrastają.
Wiele osób ma odwrotną
(przynajmniej pozornie) sytuację wewnętrzną – czują, że w ich sercu trudno o
miejsce dla matki. Jest miejsce na żal, pretensję, poczucie, że było „za mało”
lub „nie tak”. Czują jakby nie mieli nici połączenia z matką.
Nić ta istnieje potencjalnie w
każdym z nas, nawet u osób, które były oddane przez matki zaraz po urodzeniu
lub bardzo wcześnie w ich życiu wydarzyło się coś, co zerwało połączenie z matką.
Zerwanie może nastąpić z powodu stanu wewnętrznego matki, jej trudność w byciu dla dziecka, niekiedy w efekcie wydarzenia
losowego, na przykład konieczności pobytu dziecka w szpitalu. Możliwość odzyskanie
tej zerwanej nici, stworzenia połączenia z matką jest najcenniejszym skarbem jaki
możemy zyskać. Najcenniejszym, ponieważ jest to nić łącząca nas z Życiem, z
nurtem, od którego wszystko pochodzi i ma swój początek. Będąc połączeni z matką,
jesteśmy połączeni z większą „prasiłą”, w sobie odnajdujemy zasoby do miłości,
do pracy, do sukcesu…możemy przyjaźnie patrzeć na życie, z wszystkim co ona nam
przynosi.
w Dniu Matki 2011, Agnieszka Gąsierkiewicz
Modlitwa o poranku życia
Kochana
Mamo,
przyjmuję
od Ciebie wszystko w całości,
razem
z tym, co do tego należy
przyjmuje
za cenę, którą Ty musiałaś zapłacić
i
którą ja mam do zapłacenia.
Zrobię coś z tego. Uczynię z
Twojego daru wartość ku Twojej radości (i na Twoją pamiątkę).
To
nie powinno pójść na marne.
Zachowam
to z szacunkiem i na długo,
a
jeśli będzie mi wolno, przekażę to dalej, tak jak Ty.
Przyjmuję
Cię jako matkę,
a Ty
możesz mnie mieć jako Twoje dziecko
(jako
Twojego syna, jako Twoją córkę).
Tylko
Ty jesteś dla mnie właściwą matka,
a ja
jestem dla Ciebie właściwym dzieckiem.
Ty
jesteś duża, ja jestem mała/mały.
Ty
dajesz, ja biorę.
Kochana
Mamo!
Cieszę
się, że akurat wzięłaś Tatę.
Wy
jesteście dla mnie tymi właściwymi. Tylko Wy.
Bert
Hellinger
Ustawienie na miejscu zdarzeń - Verdun 1916
Jacek Borowicz
Jacek Borowicz
Historia jaką opowiedział mi pewnego dnia J. była następująca – do pewnego czasu pojawiło się u niego obsesyjne zainteresowanie tematyką I wojny światowej.
Człowiek ten generalnie traktował historię jako swoje hobby , uwielbiał czytać na ten temat, obecnie zaś z pasją korzystał z zasobów internetowych jako prawdziwej kopalni informacji na ulubione tematy. Niemniej jednak ten akurat temat - temat I
wojny świtowej nigdy dotąd nie zaprzątał jego wyobraźni. Z informacji
jakie posiadał na temat swojej rodziny wynikało, że nie było żadnych
znanych komukolwiek z żyjących członków rodziny związków z
tymi wydarzeniami. Istotne było przy tym to, że zainteresowanie J.
koncentrowało się wokół pewnych wydarzeń na froncie zachodnim – zaś cala
jego rodzina ze strony matki oraz ojca pochodziła z dawnych terenów
Polskich na wschodzie…
„Nie umiem sobie tego wytłumaczyć - relacjonował mi pewnego wieczoru wyraźnie poruszony J. - nigdy dotąd to nie zaprzątało to moich myśli – a teraz czuję się jak owładnięty przez obrazy z tamtych czasów. Kiedy oglądam zdjęcia lub kroniki filmowe jestem jak sparaliżowany. Jednego wieczoru wygrzebałem stronę www. poświęconą losowi rannych w trakcie bitew tej wojny. Dowiedziałem się min. o
tym , że wielu tych , którzy odnieśli w trakcie walki potworne rany
twarzy ukrywano potem przed społeczeństwem w specjalnych zakładach.
Tekst był ilustrowany zdjęciami z kartotek medycznych…to było…to było szokujące , ale wiesz , przecież dziś w byle jakim filmie sensacyjnym czy horrorze typu „gore” – nie wspominając o dzienniku telewizyjnym czy Internecie - można się do woli i do tego w kolorze napatrzeć na każde okropieństwo - ale nigdy nie zdarzyło się, żebym
nie mógł potem spać…czułem…czułem ogromny żal i współczucie dla tych
ukrytych ludzi, były to emocje ,którym nie umiałem się oprzeć…Tak, kiedy
o tym myślę czuję masę emocji , wzruszenie, poczucie więzi z
konkretnymi acz nienazwanymi ludźmi…
***
Jak dla mnie J. był człowiekiem ,który
w miarę sprawnie funkcjonował w tzw. życiu „realnym”. Poziom neurotyzmu
jaki sobą reprezentował nie odbiegał moim zdaniem od przeciętnej. Miał
swoje „ulubione”, hołubione latami, problemy życiowe, identyfikując siebie jako DDA wiele lat temu włączył się do grupy osób „poszukujących” - stąd też „zaliczył” w przeszłości rozmaite formy praktyk samorozwojowych, brał również aktualnie udział w klasycznej , „gadanej” terapii o profilu behawioralno -poznawczym. Mając więc określony poziom świadomości i
rozmaite doświadczenia terapeutyczne próbował na różne sposoby
zracjonalizować sobie swój stan emocjonalny. Jak sam przyznał,
systemowe, „hellingerowskie” wytłumaczenie jego obecnych przeżyć dawało
mu rodzaj...pociechy, nadawało w jego odczuciu jakiś głębszy sens temu
doświadczeniu. Niestety jego psychoterapeutka ( oczywiście skrajnie
sceptyczna jeśli chodzi o B.Hellingera…) nie podzielała takiej
interpretacji jego stanu sugerując, że może jednak lepiej by było zająć
się życiem realnym i paroma „konkretnymi” problemami nie uciekając w
świt fantazji...
***
„No cóż, być może coś jest na rzeczy - przyznał pewnego razu samokrytycznie J. - zdaję sobie sprawę że to może jakaś projekcja, może w gruncie rzeczy rozczulam się sam nad sobą…”
„Tak, tak też może być. Oczywiście – szczególnie w oczach danego terapeuty , który patrzy na to przez filtr pewnych założeń, zgodnie z którymi działa w twoim przypadku” – zauważyłem - ale jest również ta inna możliwość i jej też można się przyjrzeć…”.
„No tak , można zrobić ustawienie – rzucił J”.
„Zawsze
można się temu przyjrzeć w ten sposób – może się wtedy okazać, że – ja
wiem… jednak pod tym metaforycznym obrazem ukryta jest jakaś dynamika
twojego systemu ” – ciągnąłem , nie da się ukryć - w „swoją” stronę - „ale powiedz mi proszę - jak właściwie się czujesz myśląc o tej wojnie?”
„ To co odczuwam na prawdę mogę nazwać więzią…nie, nie jest to jakieś rozczulanie się czyimś bohaterstwem , wiesz znam u siebie takie przeżycia np.
z oglądania filmów chociażby…wiesz bohater na koniu ze sztandarem i
hurrrrrrrraaaaa…coś , co chwyta prawdziwego Polaka za serce, no nie? Ale
to, to jest jakieś takie nienazwane , jak gdyby nie
skierowane na konkretna osobę – albo może szukające jakiejś twarzy żeby
zaistnieć, wyrazić się w pełni – głos J. drżał.
„...Tak…ci ukryci przed światem, zapomniani ludzie” – przypomniałem.
J. kontynuował pełnym emocji głosem : „Mam
poczucie jakiegoś fatalizmu, sytuacji , w której ludzie byli poddani
pewnej sile, woli, paradoksalnie zarówno buntując się i godząc na nią,
poniekąd bezradni wobec niej ale też do pewnego stopnia utożsamiający się z nią. Banalnie mówiąc - to jest tak, jakbyśmy zamknęli
za sobą drzwi do innego świata, tego znanego, normalnego - i znaleźli
się w epicentrum szaleństwa , śmierci, zabijania, strachu, wściekłości
działając zgodnie z prawami jakie właśnie tam rządziły i były tam…no to
jest straszne co powiem …ale były dla tych okoliczności…właściwe. Więc my
zwykli, normalni, przeciętni ludzie przyjmujemy te prawa za własne…w
takich okolicznościach, do pewnego momentu przynajmniej.”
„Właśnie - na tamtą chwilę… - zauważyłem - Hellinger ponoć mówi w takim przypadku „To była wojna” – i te słowa pozwalają reprezentantowi przyjąć to, co się stało, czego był świadkiem lub w czym uczestniczył”.
„A wiesz – rzucił po chwili milczenia J. - w sumie to moja
żona rzuciła hasło, że skoro to dla mnie ważne to przecież można tam
pojechać, wkrótce są wakacje i nawet po drodze gdzieś mógłbym pojechać ,
bo ja wiem do Verdun - i zobaczyć co będzie…”.
„Hmmm...no i to też jest jakaś możliwość” – przypomniałem sobie swój poprzedni przypadek ustawienia „na miejscu zdarzeń” – i co - zrobisz to?”
„Ha, ha, ha...tylko co powiem mojej psychoterapeutce?” – zachichotał J.
„No tak, to może zagrozić jej dochodom” – nie mogłem się powstrzymać od odrobiny jakże przyjemnej złośliwości – „...a więc jak?”
„No nie wiem...muszę pomyśleć – J. zasygnalizował we właściwy dla siebie sposób problemy z podejmowaniem decyzji.
****
Spotkałem J. po wakacjach - był wyraźnie ożywiony, rozgadany – „Muszę koniecznie do ciebie wpaść i opowiedzieć ci czymś…”
„…otóż wyobraź sobie, że w końcu zmobilizowałem się, zapakowałem rodzinę w auto i pojechałem do Francji rezerwując cześć czasu dla siebie i swojej obsesji” – powiedział z wyraźnym zadowoleniem J. kiedy spotkaliśmy się pewnego wieczoru.
„Na prawdę – byłeś tam?” – co tu kryć - byłem zdumiony jego proaktywnością…
„Tak…i
wiesz to było bardzo dziwne. Zbliżając się do objętych ochroną terenów
bitwy czułem narastające napięcie. Wiesz zdawałem sobie sprawę, że mam jakieś oczekiwania, że wyobrażam sobie , że „coś”
tam się stanie…próbowałem oddychać głęboko, mówiłem sobie odpuść, nie
„jaraj” się tym sztucznie, spróbuj wejść w to w ciszy…w ciszy…wiesz…z
tymi wszystkimi autokarami, wycieczkami szkolnymi…hihihi dobre
sobie…więc…to był długi, długi dzień, odbyłem niekończący się spacer
ścieżkami wytyczonymi dla turystów po polu bitwy ...wszystkie te
rekonstrukcje okopów, pomniki, sztandary, ekspozycje muzealne – wszystko w gruncie rzeczy dla mnie obce, opisane w obcym języku, przedmioty obcej historii i
obcej dumy…te szczątki żelastwa walające się po tylu dziesiątkach lat
po krzakach…w jednym miejscu natknąłem się nawet na ludzkie kości…
miałem takie poczucie wyizolowania z zewnętrznego świata , czułem się obok tych autobusów, wycieczek, aparatów fotograficznych…” - J. na moment zagłębił się całkowicie w
swoim doświadczeniu. Jego stopy wykonywały drobne ruchy, tak jakby
właśnie szedł przez pole bitwy pod Verdun, dłońmi jakby wskazywał
widziane przez siebie obiekty, rzucał dookoła spojrzenia jak gdyby
oglądając ponownie miejsce , do którego podróżował.
„Miałeś kiedyś takie doznanie, że jesteś po raz pierwszy w jakimś miejscu, nieznanym ci wcześniej miejscu a jednocześnie uczucie – nie, że byłeś tam wcześniej…to nie to...ale , że bycie „tam” jest jakieś takie…właściwe, jakbyś trafił nie tyle w stare, znane ale… w odpowiednie miejsce…?” – kontynuował po chwili –
„…wiesz…to
było trochę tak jakbym czegoś szukał, szukał nie mając żadnych
wskazówek, nie wiedząc co to jest dokładnie, ani po czym poznam , że
„To” właśnie znalazłem…„jakaś krytyczna część mnie złościła się, sam
sobie to robisz, sam się nakręcasz, odpuść…”.
„Tak , to ta część ciebie po terapii behawioralno-poznawczej – zaśmiałem się – z drugiej strony – to ważne ,że nie traciłeś kontaktu z rzeczywistością, że w pewien sposób świadomie prowadziłeś siebie tą drogą”
„No tak ..lata doświadczeń w terapii… – J. również się zaśmiał jakby budząc się z transu swojej opowieści – ale
koniec końców po kilku godzinach błądzenia, uciekania przed ludźmi
poczułem ogarniające mnie znużenie, dezorientację, Kika razy wracałem w
te same miejsca, nie wiedziałem co robić dalej, jak zakończyć tą
historię…ogarnęła mnie swego rodzaju desperacja, gdzieś przewinęła się
mi przed oczami pełna miłości twarz mojej żony…jej pytające spojrzenie,
pomyślałem o tym wsparciu, błogosławieństwie , które mi dała na tę
podróż, potem pojawił się otrzeźwiający obraz mojej psychoterapeutki - z całych sił w profesjonalny sposób hamującej się od wsadzenia mi paru szpil złośliwości...hihihi prawdziwa kotwica realności… - J. znowu na chwile zapadł się w sobie, zanurzył w doświadczeniu sprzed kilku tygodni.
„I znalazłeś jakiś obraz , który mógł być dla ciebie w tym momencie rozwiązaniem? – spytałem po chwili.
„To
było na takim wielkim cmentarzu…ogromna panorama krzyży, nagrobków
muzułmańskich, chyba także macew…zatrzymałem się zmęczony w jakimś jego
punkcie …bardzo mocno czułem, że moja obecność tam była – jak wy
hellingerowcy to mówicie - właściwa…tak jakbym długo nie mógł tam dotrzeć, żeby …czy ja wiem…popatrzeć jeszcze raz ? I jedyne co mogłem zrobić na koniec tego dnia - to przełamując strach przed tym co pomyślą ludzie , którzy byli tego przypadkowymi świadkami -
jedyne co mogłem zrobić to pokłonić się im wszystkim…musiałem się
pokłonić… stałem tam i w dalszym ciągu nie potrafiłem niczego
zwerbalizować , nazwać, nie przemówił do mnie żaden głos, żadne nazwisko
wyryte na krzyżach…nie rozpoznałem żadnej twarzy na żadnym
zdjęciu…nic…nic z tych rzeczy...więc pokłoniłem się – ciało J. wykonywało mimowolne mikro - ruchy jak gdyby powtarzając pokłon
– i poczułem jakby jakiś ciężar, energia…coś jakby spłynęło na tą
straszną ziemię. Nie wiem, może moje projekcje, moje fantazje, moje
urojenia - ale ogarnął mnie wtedy spokój …tak było to bez wątpienia behawioralne acz nie – poznawcze – J. uśmiechnął się lekko.
„Ok., przestań sobie dokopywać - powiedz po prostu jak ci było - lepiej, gorzej, tak samo?” – zapytałem.
„Poczułem się lepiej – z mocą, szybko, z nietypowym dla niego zdecydowaniem odpowiedział mi J. – cokolwiek to znaczy, uwolnienie, lekkość – nie euforia, nie radość raczej jakiś
spokój i smutek i odrobinę pustki… tak jakbym coś zostawił a
jednocześnie godził się z tym , że tak się stało, że to właśnie trzeba
było zrobić…przyjść, pokłonić się i zostawić…”
„…że to było właściwe” – nie mogłem się powstrzymać przed dopowiedzeniem.
„Tak…- J. odetchnął bardzo głęboko i uśmiechnął się – że to było właściwe…A potem…”
„A potem?”
„Potem mieliśmy całkiem sympatyczne wakacje…”
*****
Komentarz
…tę pracę „na miejscu zdarzeń” J. wykonał niejako sam dla siebie, kierując się intuicją,
być może świadomie lub nie czerpiąc z podejścia systemowego B.
Hellingera, które miał okazje wcześniej poznać i które akceptował.
Wydaje mi się również, że w trakcie naszego spotkanie po powrocie z
Verdun miało miejsc swego rodzaju ustawienia „w wyobraźni”, J. ponownie
zasocjował się ze swoim doświadczeniem - zaś zachęty do
opowiadania i sama obecność akceptującego słuchacza pozwoliły mu
pogłębić swoje doświadczenie. Czy było to w pełni zgodne z jakimiś
ortodoksyjnymi założeniami terapeutycznymi? Jeżeli przyjąć, że kryterium
sukcesu jest stan „klienta” – czy ważna jest metoda lub wierność metodzie – dla J. udało się znaleźć właściwe rozwiązanie.
Jego zainteresowanie tematem I wojny światowej przestało mieć charakter
dręczącej obsesji. Jest to w tej chwili właśnie – zainteresowanie,
część jego szerszego historycznego hobby. J. osiąga więc
stan zaciekawienia, satysfakcji poznawania , poszerzania wiedzy – może
swobodnie zająć się tym właśnie tematem, jak również może odłożyć go
przechodząc do innego. Kiedy jakiś czas temu przeczytał o śmierci
ostatniego francuskiego weterana tamtej wojny poczuł wzruszenie i
szacunek. To czego doświadczył zostawiło ślad - być może rodzaj blizny - ale nie drażniącej, ropiejącej „rany”.
I
jeszcze jedna istotna rzecz – rozwiązanie „problemu” J. tkwiło niejako w
tym problemie – a może inaczej – w świecie J. Akceptując ten świat, w
którym J. ma jakiś związek z wydarzeniami z 1916 r. , nie
próbując go za wszelką cenę racjonalizować – ani poprzez wskazanie
konkretnych „historycznych” powiązań, ani też poprzez walkę z tym
światem ( jako urojonym, oderwanym od realnego ,
„prawdziwego” życia) można było podjąć próbę stworzenia obrazu
przynoszącego rozwiązanie. Tym złożonym obrazem była podróż do Verdun,
wędrówka – poszukiwanie na polu bitwy, moment w którym J. poczuł się
zmęczony i bezradny ( jako , że w gruncie rzeczy cały czas poszukiwał
racjonalizacji swojego stanu) i obraz końcowy: pokłon, oddanie szacunku
temu co było istotne w systemie J. a czego nie można było nazwać.
…a że przy okazji J. zorganizował dla swojej rodziny całkiem sympatyczne wakacje w „realu”…
Ustawienie na miejscu zdarzenia - odnalezieni krewni
Jacek Borowicz
Z
góry zastrzegam, że tytuł mojej opowieści jest nieco na wyrost. Wydaje
mi się jednak, że otwiera on kolejną, być może z wielu obiektywnych
względów, trudną do częstego stosowania możliwość pracy metodą ustawień systemowych.
|
Praca, którą obserwowałem nie do końca miała miejsce
dokładnie - „na miejscu konkretnego zdarzenia” – ale bez wątpienia jest
przykładem pracy „ w terenie”. Poza salą szkoleniową, w bliskim związku
terytorialnym z miejscem i osobami dramatu…a było to tak…
kończyły się kolejne warsztaty, tym razem organizowane w górach, na
których prowadziłem moje zajęcia. Zbieraliśmy się do odjazdu i – jak to
zazwyczaj w takich sytuacjach bywa – osoby dysponujące samochodami
wspomagały nie zmotoryzowanych uczestników zajęć oferując im możliwość
podwiezienia. Tak też było i w moim przypadku – zabrałem ze sobą kilkoro
uczestników rozwożąc ich po drodze do Wrocławia. W trakcie podróży
wciąż trwały ożywione rozmowy, wymiana doświadczeń,
porównywanie przeżyć i spostrzeżeń, śmialiśmy się wspominając momenty
zabawy i relaksu… W pewnym momencie naszej podróży zobaczyliśmy tablice
informacyjne mówiące o zbliżaniu się do miasteczka „L” - jednego z punktów etapowych naszej drogi powrotnej. I wtedy właśnie N.
– jedna z uczestniczek zajęć, wyraźnie poruszona powiedziała, że
przecież właśnie tutaj, w tej miejscowości mieszkał i zmarł jej wujek
(brat jej babci) - osoba poniekąd zapomniana w rodzinie,
niejednoznaczna, której życie owiane było pewną tajemnicą, niejasnością.
Niektórzy z żyjących członków rodziny przechowali jakieś fragmenty
wspomnień - przy czym w zależności od osoby snującej te wspomnienia – człowiek ten pojawiał
się w zupełnie różnych barwach… N. nie miała okazji poznać go
osobiście, funkcjonował więc w jej świadomości jako strzęp niespójnej
relacji rodzinnej…
…N. sprawiała w tym momencie wrażenie osoby bardzo poruszonej takiej, do której wspomnienie o owym krewnym dotarło w tej właśnie chwili, nagle w jakimś rodzaju olśnienia.
…Porwane, postrzępione i na wpół wyblakłe wspomnienia opowiadały o
człowieku, który miał być uwikłany w jakąś wojenną tajemnicę – była to
historia gdzie służba w AK w czasie II Wojny Światowej mieszała się z
późniejszą służbą w ówczesnym Ludowym Wojsku Polskim. Punktem krytycznym
tej historii było uwięzienie go na kilka lat w ciężkich warunkach -
przy czym niejasne pozostawały motywy tego uwięzienia, przewijały się tu
zarówno kwestie udziału w pospolitych malwersacjach jak i aktualnych w
ówczesnych czasach motywach politycznych, związanych z zemstą za jego
wcześniejszą służbą w AK. Więzienie to tak, czy inaczej odcisnęło się na
życiu tego człowieka ciężką chorobą (gruźlica), naznaczając wszystkie
późniejsze lata jego życia cierpieniem. Wypełniała je pospolita, szara
praca w jednym z prowincjonalnych przedsiębiorstw państwowych - i
jednocześnie społeczna działalność kulturalna jako, że człowiek ten
przejawiał liczne talenty artystyczne i starał się zarazić nimi innych.
Był także motyw wielkiej, niespełnionej miłości, „zwykłego” małżeństwa -
i jedynej, ukochanej córeczki zmarłej przedwcześnie w wieku niespełna
pięciu lat.
Pamiętałem o wcześniejszej pracy z ustawieniem jaką wykonała N.
Znaczący był m.in. motyw jej bardzo trudnej relacji z bratem,
człowiekiem zbuntowanym, skłóconym z życiem, utalentowanym artystycznie,
mającym za sobą epizod ciężkiej choroby oraz kłopotów z prawem.
Podobnych paralel można było się doszukać w losie samej N. – gotowość do
angażowania się w misję społeczną pomagania innym, niespełnione
marzenia o twórczości artystycznej, na koniec konflikt z prawem wynikły
ze spowodowania przez nią wypadku samochodowego.
Widziałem, że emocjonalne poruszenie N. narasta w miarę zbliżania się do „L”. Nagle przyszła mi do głowy dość prosta i oczywista myśl: „Skoro
czujesz się z nim tak czy inaczej związana – może pojedziemy na
cmentarz i zapalisz dla niego świeczkę? I tak tu jesteśmy i nie
śpieszymy się nigdzie. Czy wiesz gdzie jest pochowany?”
Z trudem udało się N. zrekonstruować rozproszone relacje rodzinne
mówiące o okolicznościach śmierci i pochówku krewnego. Paradoksalnie -
najwięcej informacji posiadała jedna z ciotek pielęgnująca
czarną legendę na jego temat. Tablica z mapą miasta wprowadziła pewne
zamieszanie jako, że było na niej uwidocznionych kilka cmentarzy. Drogą
eliminacji wybraliśmy jeden z nich i udaliśmy się tam we dwoje. Biuro
cmentarza było nieczynne. Pozostało nam więc kierować się niejasnymi
wskazówkami topograficznymi przekazanymi kiedyś przez jedną z sióstr
zmarłego.
Rozdzieliliśmy się tak, aby przeszukać sprawnie jak największy obszar cmentarza. „Gdzie jesteś?” - zadawałem w myślach to pytanie - krążąc
po jego alejkach. Nasze zadanie – biorąc pod uwagę rozmiar cmentarza -
wyglądało dość beznadziejnie. Niemniej jednak w końcu udało się – i to N. była osobą, która odnalazła go samodzielnie… To co zobaczyliśmy na miejscu było w pewien sposób wstrząsem – było to
tak, jakbyśmy nagle zostali zaproszeni do udziału w ustawieniu, w
którym osoby do lat czekają na dopełnienie obrazu… Zobaczyliśmy więc
grób wujka N., a tuż obok – dosłownie fizycznie „przyklejony” do jednego
z jego boków, położony jakby u stóp ojca - mały grób dziecka. Nie był
więc to wspólny pochówek w jednym grobie rodzinnym ani nie były to po
prostu dwa groby członków rodziny położone obok siebie. A rok śmierci córki był rokiem narodzin N. …
|
| |
|
Widziałem wielkie poruszenie emocjonalne N., w jej oczach pojawiły
się łzy, ciało drżało, jej cała uwaga była zogniskowana na obrazie jaki
ujrzeliśmy. Ja osobiście także miałem kłopot z zachowaniem chłodnego
umysłu obserwatora . Zauważyłem już wcześniej, że mój stan emocjonalny w
trakcie prowadzenia ustawień jest dla mnie dość precyzyjną wskazówką
odnośnie tego, czy w danym momencie w tworzącym się
obrazie dzieje się coś właściwego. Teraz miałem odczucie bardzo mocnego
przepływu energii, czułem silne wzruszenie… być może biorąc również
udział w procesie formowania się obrazu konstelacji tej gałęzi rodziny N.
…Starając się wspomóc N. zaproponowałem jej, żeby zajęła swoje
miejsce w relacji do tej właśnie odnalezionej części rodziny. Chciałem,
żeby wejrzała w trudny los tego człowieka i jego dziecka. „Przedstaw im się proszę...niech cię rozpoznają…”.
”…mam na imię N. i ja - tak jak i ty – też należę to tej rodziny. W
moim życiu - tak jak i w twoim są pewne zdarzenia i momenty, które są
dla mnie trudne…bardzo trudne. Ale też są w nim rzeczy dobre i jasne.
Tak jak i ty mam córkę… Ty odszedłeś dawno temu i nie mogłam poznać cię
osobiście. Szkoda… Ale jestem tu dzisiaj, teraz i zostanę
na tym świecie jeszcze jakiś czas. Zrobię z moim życiem to, co potrafię
najlepszego – na mój własny sposób. Zrobię to także na twoją pamiątkę.
Pobłogosław mnie proszę, kiedy będzie mi się dobrze działo…” - i N.
spontanicznie, nie dbając o otocznie, pochyliła się w pokłonie… Bardzo
mocno czułem, że to co się dzieje jest właściwe… Potem N. stwierdziła,
że czuje mocną więź z córką swego wujka. „Czy mogę również z nią poznać się bliżej?”. „ Zrób to co jest właściwe”- powiedziałem…
„Jestem N. i jestem twoją krewną, jestem młodsza od
ciebie…przyszłam na świat wkrótce po twoim odejściu…szkoda, że nie
mogłyśmy się poznać…masz dobre miejsce w moim sercu…” – i znowu N. pokłoniła się przed losem swojej kuzynki.
|
| |
Na zakończenie rytuału N. zapaliła znicz na grobach swoich krewnych.
Miałem wrażenie jakby w tej szczególnej chwili otaczała nas aura spokoju
i delikatna cisza… Poprzednie doznania energetyczne ustały, oddech stał
się lekki, spokojny. Coś ważnego się dokonało. Teraz obraz tych dwóch
grobów budził we mnie czułość i szacunek dla losu tych dwojga… Czułem, że N. mogła już pójść w swoją stronę…
Wiem, że od tego czasu N. udało się uzyskać, od innych członków rodziny, więcej
dobrych informacji o losie swego krewnego. Kiedy zdarza jej się
przejeżdżać tą drogą znajduje czas, żeby zapalić dla niego znicz
podtrzymując dobrą pamięć w swoim rodzie. Jej trudna relacja z bratem
uległa pewnej poprawie, którą w porównaniu ze stanem uprzednim, można by
nazwać radykalną – choć jest to zaledwie krok na drodze do odbudowania
więzi rodzinnej. Co nieoczekiwane – inicjatorem tej odbudowy był w tym
przypadku po raz pierwszy brat…
Komentarz
Patrząc na tą pracę od strony metody warto zwrócić uwagę, że mieliśmy
tu do czynienia z dwoma „statycznym” postaciami ustawienia, które same z
siebie nie mogły komunikować się wprost z N. Musieliśmy więc bazować na
naszych odczuciach i wrażeniach. Oczywiście, przy odrobinie odwagi
można było stanąć na miejscach dwojga zamarłych zajmując pozycje ich
reprezentantów. Ja poszedłem bardziej tropem prac z
przodkami w „stylu” Daan’a van Kampenhouta , jakie mogłem obejrzeć w
jego wykonaniu w ramach sfilmowanego warsztatu „Black holes in the
tribal soul”. W pewien sposób idąc przez cmentarz i szukając grobu
przodka N. odbywała symboliczną drogę przez kolejne pokolenia. Nie był
to po prostu spacer, N. idąc musiała w skupieniu zwracać
uwagę na tablice nagrobne i napisy zawierające nazwiska i daty –
poniekąd cofając się tym samym w czasie. W końcu odnalazła tego przodka , z którym być może była najbardziej związana, i który w sobie właściwy sposób reprezentował dla
niej najpełniej jakiś istotny aspekt losu dziedziczonego w tej
rodzinie. Ponieważ N. nie znała go osobiście istotne było nawiązanie na
nowo świadomej więzi – przedstawienie się, wskazanie swego miejsca w
rodzie oraz pokrewieństwa losu . Wydobywało to jednocześnie przodka z zapomnienia i dawało mu należne miejsce w rodzie.
Na zakończenie chce dodać, że N. - bohaterka moje opowieści
przeczytała ją przed puszczeniem w „świat” i zaakceptowała moją chęć
podzielenia się tym niezwykłym doświadczeniem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)