|
Psycholog wobec religijności. „W stronę dobrej relacji”.
Psychologów monopol na prawdę.
Dla
psychologa pytanie o religijność jest pokusą i pożywką dla
omnipotencji. Wielu psychologów komentuje wydarzenia i zjawiska od
społecznych po polityczne nadając swoim słowom rangę wyroczni. Ludzie
potrzebują, by ktoś im dał jasne wytłumaczenie i odpowiedzi na pytane
„dlaczego”, a psycholodzy chętnie realizują to oczekiwanie.
Warto pamiętać, że po pierwsze psychologia jest nauką niejednorodną,
jest w niej kilka nurtów; inaczej zjawisko opisze psycholog społeczny,
inaczej behawiorysta a jeszcze inaczej psychoanalityk. Po drugie każdy z
tych opisów wynika z określonych założeń dotyczących rzeczywistości i
żaden nie jest „jedynie słuszną prawdą”, a jedynie opisem mającym swoje
granice. Uogólniające wypowiedzi psychologów są szczególnie
niebezpieczne w obszarach wykraczających poza kompetencje psychologa, a
wydaje się, że miedzy innymi religijność jest jednym z takich tematów.
W
tym kontekście moją poniższą wypowiedź wolę traktować jako rodzaj
felietonu czy osobistych refleksji powstających przez pryzmat mojego
bycia psychologiem, a nie wypowiedź ex cathedra.
Wielość języków czyli współczesna wieża Babel.
Kolejna
kwestia to odmienność języka psychologii od języka religii, wynikająca z
różnych ujęć świata czyli paradygmatów obwiązujących w tych
dziedzinach. Nie znaczy to, że jedno ujecie rzeczywistości wyklucza
drugie. Są one tylko spojrzeniami z innego punktu widzenia i
ukierunkowanymi na inny obszar. Wyobraźmy sobie wędrowanie po górach;
jeden człowiek obejmuje swoim wzrokiem cały widok, nasyca się obrazami
aż po horyzont, inny turysta zachwyci się rośliną lub kamieniem, który
znajdzie pod stopami. Czy tylko jeden z nich patrzy właściwie? Nie,
oboje postrzegają „równie dobrze”, tyle, że odmiennie. Podobnie jest w
patrzeniu z punktu widzenia religii i psychologii. Spojrzenia te mogą
się uzupełniać, ale wówczas, gdy obie strony uznają swoje odmienności.
Pamiętam spotkania na krakowskiej klinice psychiatrii, w których
uczestniczyli lekarze, psycholodzy, księża i filozofowie. Udane i owocne
właśnie dzięki uznaniu i szanowaniu odmienności języków jakimi
posługiwali się poszczególni uczestnicy.
Tak
więc mówiąc o religijności z punktu widzenia psychologa poruszam się po
cienkiej linii; jestem uważna, aby nie patrzyć „przez lupę na panoramę”,
czyli nie „spsychologizować tego, czego językiem psychologii opisać się
nie da, a mianowicie doświadczenia religijnego.
Doświadczenie
religijne ma obszary, w które moim zdaniem psycholog nie jest
uprawniony wchodzić, a jeżeli już to nie jako „profesjonalista”, tylko
jako człowiek otwarty na to, co pojawia się we wnętrzu innego człowieka.
Co wolno psychologowi.
Niemniej
religijność ma też swoje osadzenie w nazwijmy to „tkance ludzkiej”.
Inna jest religijność zbuntowanego nastolatka, inna samotnej matki
kilkorga dzieci, inna staruszka myślącego o odejściu, a jeszcze inna
pacjenta cierpiącego na psychozę. To co łączy religie i psychologię to
temat relacji. Religia jest relacją, nawet z cała jej odmiennością i
niedostępnością do analizy narzędziami psychologicznymi. Kontakt
człowieka z Bogiem czy boskością jest ewentualnym tematem do rozmowy z
księdzem, natomiast pytanie „ co mogę zrobić, by umieć wejść w relację,
by umieć nawiązać kontakt z Kimś poza sobą” – jest pytaniem dla którego
psycholog jest dobrym adresatem.
Zagubiona relacja.
Każda
epoka ma swój koloryt emocjonalny; mieliśmy czasy opętań i szaleństwa,
przełom IX i X wieku był okresem królowania histerii, współcześnie
najbardziej dotkliwie doświadczamy właśnie trudności z wchodzeniem w
relację. Wokół nas pełno ludzi samotnych, rozpadających się związków,
singli szukających drugiej połówki lub już na dobre „zadomowionych” w
swojej samotności i przyzwyczajonych do niezależności. Pojawiają się
pytania: skąd taka trudność z nawiązywaniem trwałej relacji, w jakim kierunku prowadzi ten proces i czy ma on wpływ na naszą religijność.
Jedną z istotnych przyczyn jest według mnie trudność z odnalezieniem się w
naszych układach rodzinnych. Rodzina, z której pochodzimy jest dla nas
bazą do nauki nawiązywania kontaktów z innymi. Tu podejmujemy pierwsze,
jeszcze nieświadome decyzje dotyczące naszego poczucia bezpieczeństwa w
relacjach z innymi i już jako małe dzieci rozpoznajemy czy lepiej być z
innymi czy samemu. Uczymy się co to znaczy zaufać, wierzyć innemu, mieć
nadzieję… Pierwszym, któremu ufamy jest „Ten Duży” – matka i ojciec. Gdy
w początkach naszego życia z jakiegoś względu nie możemy oprzeć się na
naszych rodzicach doznajemy uszczerbku, którego naprawa wymaga potem
dużego wysiłku.
Współcześnie
często dochodzi do pomieszania ról w naszych rodzinach. Rodzicom jest z
różnych względów trudno; bo sami nie dostali od swoich rodziców tego,
co potrzebowali i teraz nie wiedzą jak dawać dzieciom, bo są zagonieni,
bo nie mogą porozumieć się z partnerem. Dziecko kocha swoich rodziców
bezgraniczną miłością, jacykolwiek by oni byli, a widząc ich ból chce im
za wszelką cenę ulżyć. Takie dziecko mówi w swoim sercu: „mamo,
tato, lepiej ja będę cierpiał niż ty, lepiej ja będę smutny, zagubiony
albo chory” i w swoim magicznym myśleniu ufa, że jego działania ulżą
rodzicom. Oczywiście tak nie jest, bo każdy dorosły może jedynie sam
wziąć odpowiedzialność za swój stan wewnętrzny. Jednocześnie
wypowiadając takie zdanie w pewnym sensie dziecko staje się „rodzicem
własnego rodzica” – to ono teraz jest „to duże”, to ono chce dawać
zamiast brać od rodziców. Dziecko z czasem staje się jakby puste,
ponieważ ten, kto nie wziął, nie ma co dać. Kiedy zbyt wcześnie
przestajemy być dziećmi, wówczas nie zgromadzimy potrzebnego rezerwuaru
do bycia dojrzałymi dorosłymi. Będziemy czuli w sercu dotkliwy brak,
uzupełniali go rozpaczliwie licznymi związkami, nowymi zakupionymi
gadżetami, jedzeniem lub czymkolwiek innym. Nosząc w sobie wspomniany
brak mamy trudność w nawiązaniu relacji opartej o szacunek. Szacunek to
postawa, w której mówię do drugiego; cieszę się, że jesteś przy mnie,
zgadzam się, żebyś był dokładnie taki jak jesteś, dziękuję za to, co mi
dajesz, a kiedy czegoś potrzebuję mówię „proszę”, wiedząc, że to co
druga strona mi daje to podarunek, a nie obowiązek. Z takim podejściem
relacja może rozwijać się w dobrym kierunku, niezależnie czy będzie to
kontakt z drugim człowiekiem czy skierowanie się do Boga.
Czy
można coś uczynić by nauczyć się szacunku? Można. Nigdy nie jest za
późno na szczęśliwe dzieciństwo, w każdym momencie życia możemy we
właściwy sposób popatrzeć na swoich rodziców i zająć przy nich
odpowiednie miejsce. Także wówczas, gdy jesteśmy już całkiem dorośli, a
nawet gdy rodzice nie żyją, gdyż proces ten dzieje się w naszym sercu.
Ale to już temat na oddzielny artykuł…
Agnieszka Gąsierkiewicz
artykuł ukazał się w miesięczniku POSŁANIEC, luty 2010
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz