Miłość i porządek – wrogowie czy przyjaciele?
Miłość i porządek – czy te dwa pojęcia nie brzmią jak ogień i
woda? Miłość to poryw serca, fala uczuć, żywioł i energia. Porządek
kojarzy się z zasadami, poukładaniem i suchą sztywnością. Porządek można mieć i owszem w szafie. Miłości w szafie się nie zamknie.
Znamy z historii i opowieści babć czasy, gdy miłość była uporządkowana, zaplanowana i wiadomo było - związek ma być sensowny. Żeniło się morgi z morgami, krew błękitną z krwią w tym samym odcieniu. Pary
z „porządnych” związków spoglądają na nas z fotografii w kolorze sepii.
My jesteśmy potomkami, lub sami należymy do kolejnego pokolenia – do
dzieci kwiatów. Nurt ten szczególnie wyraźnie zaistniał w mentalności
mieszkańców Europy zachodniej, niemniej hasła „wolność, miłość i jedność
wszystkich ludzi” również u nas zakrólowały nad konserwatywnymi
zasadami rządzącymi związkami damsko-męskimi.
Jak mają się Ci, którzy w latach 60-tych ubrani w dzwony i kwiaciaste
koszule głosili, że tylko wolna miłość uratuje świat? Dzisiaj chodzą w
dobrze skrojonych garniturach i garsonkach, elegancko twierdzą, że ze
swoimi byłymi żonami i mężami są na jak najbardziej przyjacielskiej
stopie, z kolejnymi partnerami wychowują dzieci „moje, twoje oraz
nasze”, próbują się odnaleźć w swoich patchworkowych układach
osobistych, chcą jak najlepiej, a okazuje się, że ciągle ranią się
nawzajem. W sercu mają pomieszanie lub pustkę. Czy wolna miłość ich uratowała?
Czego potrzebuje miłość by być szczęśliwą?
Jedno jest pewne - na nic jej ideologia i jedynie słuszne prawdy.
Jakikolwiek będzie sztandar; pełen sztywnych zasad czy głoszący wolność –
miłość pod każdym usycha. Wszelka skrajność ją niszczy.
By miłość miała się dobrze, potrzebuje podobnie jak człowiek spojrzenia z
kilku stron. Potrzebuje czuć się wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju, a
jednocześnie dobrze robi jej uznanie pewnych prawidłowości dających
siłę.
Czy z takiego właśnie patrzenia na miłość i na człowieka płynie
zadziwiająca na świecie popularność koncepcji Berta Hellingera? Poznajmy
i sami oceńmy hellingerowskie porządki miłości.
Poszukiwania byłego księdza czyli Bert Hellinger na tropie szczęśliwej miłości.
Jaki rodzaj porządku mówi Bert Hellinger? Czy to aby nie kolejna ideologia, tym razem wymyślona
przez niemieckiego terapeutę, byłego księdza. Dziwaczny i nieżyciowy
efekt jego własnych uwarunkowań, przekonań i doświadczeń. Argumenty
takie padają ze strony krytyków B. Hellingera.
Bert Hellinger – postać niewątpliwie charyzmatyczna i patriarchalna –
swojej koncepcji nie stworzył dumając na fotelu przy biurku. Oparł ją o
obserwacje efektów własnych doświadczeń podczas pracy jako terapeuta.
Hellinger rozwinął technikę terapeutyczną nazwaną ustawieniami. Jest to
grupowa metoda pracy, w której uczestnicy niejako wcielają się w
członków otoczenia klienta, by z pomocą terapeuty wprowadzić harmonię
pomiędzy osobami w danej rodzinie. Hellinger patrzył na to, co dobrze
działa w ustawieniach, co przynosi ulgę i pomaga klientom lepiej żyć.
Obserwował osoby w ustawieniach, ich reakcje, szukał tego, co daje
spokój w rodzinie czy w parze. To co znalazł opisał jako porządki miłości. Jego myśli są zapisem tego, co podczas ustawień powtarzało się w historiach wielu osób i co przyniosło dobry efekt.
Jakież to tajemnicze zasady kierują naszym życiem uczuciowym, rodzinnym i partnerskim?
Po pierwsze są one głęboko ukryte i najczęściej nie jesteśmy ich
świadomi. Porządek miłości opisany przez Hellingera nie dotyczy reguł
zewnętrznych, ale porządku i poukładania w naszym wnętrzu. Po drugie
zasady te brzmią nieco archaicznie. Po trzecie niezwykle skutecznie
sprawdzają się w życiu.
Kiedy spotkałam się z nimi pierwszy raz przyznam, że niektóre budziły moje wątpliwości, a nawet
oburzenie. Jednocześnie czułam w nich głęboką mądrość, nawet jeśli moje
dotychczasowe przekonania i poglądy stały w sprzeczności z tezami
hellingerowskimi. Najpierw z dystansem przyglądałam się, potem przeszłam
przez liczne doświadczenia osobiste z metodą B. Hellingera. Dziś mogę z
pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że z doświadczeń tych wynikło dużo
dobrego w moim życiu.
Zachęcam do spokojnego kontaktu z myślami B. Hellingera; przyglądaj się,
słuchaj, analizuj, abyś mógł wyrobić sobie własne zdanie. Nikt uparcie
trwający przy jedynie słusznych przekonaniach nie zrobi kroku naprzód…
Co konkretnie B. Hellinger mówi na temat miłości kobiety i mężczyzny?
O chłopcu, który spotkał dziewczynkę…
Mężczyzna spotyka kobietę, porywa ich wzajemna fascynacja. Początek
pięknej historii. Czy koniec też przypomina bajkę, a oni żyją długo i
szczęśliwie? Niestety ostatnimi czasy z bajek realizują się zwykle tylko
pierwsze akapity. Mija zauroczenie, marzenia pryskają jak bańki
mydlane, a księżniczka z księciem pozostają rozczarowani, z pretensjami
lub poczuciem winy. „To znów nie ten, nie ta” – myślimy rozchodząc się.
Czekamy na kolejny obiekt chwilowej adoracji. Taki scenariusz jest coraz
częstszy, szczególnie dla pokolenia współczesnych 20, 30-to latków. Co się wydarzyło w opisanej historii? Otóż nie mężczyzna spotkał kobietę, tylko chłopiec
spotkał dziewczynkę. Spotkało się dwoje, którzy jeszcze nie dojrzeli to
wspólnego tworzenia związku. Mogą się sobą jedynie zachwycić, a potem
rozczarować. Nie przechodzą pomyślnie próby czasu.
Czego potrzebuje kobieta i mężczyzna, by mieli szansę zbudować dobrą relację miłości?
Nie da sąsiad ni sąsiadka tego, co da ojciec i matka…
W miłości jest kilka magicznych słów, jedno – bodajże najistotniejsze –
to szacunek. Kiedy mówię „szanuję Cię jako mężczyznę, szanuję Cię jako
kobietę z wszystkim co Twoje” wówczas otwieram drzwi dla miłości. Na
pozór proste i oczywiste. Niemniej budowanie szacunku wobec partnera to potężny proces nad którym zwykle pracujemy wiele lat.
Kiedy możemy szanować tego kogo kochamy?
Wówczas gdy sami szanujemy swoją płeć oraz wszystko, co jest nasze,
czyli mówiąc szumnie - nasz los. Według Hellingera jest to możliwe tylko
po warunkiem posiadania dobrego nastawiania i szacunku do naszych
rodziców. Niestety – na nic najwspanialsza partnerka o figurze modelki,
na nic macho o uroku Roberta Redforda, na trwałą miłość nie mamy szans,
gdy będziemy z niechęcią patrzeć na własną mamusię i tatusia.
Na czym polega potężny wpływ naszego stosunku do rodziców na tworzenie przez nas związków miłosnych?
Początek życia zarówno chłopca jak i dziewczynki pozostaje pod wyraźnym
wpływem matki. Nawet współcześnie, gdy role wychowawcze ojca i matki
często się „uśredniają”; tatusiowie kąpią, wyprowadzają na spacerki, a
mamy działają w biznesie- nawet wówczas ta pierwsza, głęboka relacja z
jedną osobą – matką – jest bazą kontaktu z ludźmi na całe życie. W życiu
chłopca następuje moment, gdy powinien on wychodzić spod wpływów matki i
przejść pod skrzydła ojca. Jeśli tego nie uczyni – ponieważ ojciec jest
nieobecny lub matka jest niechętna takiemu procesowi uważając ojca za
niewłaściwego – wówczas chłopak nie zbuduje swojej męskości, pozostanie w
„orbicie” kobiecości. Jak funkcjonuje taki mężczyzna? Na pierwszy rzut
oka dla wielu kobiet to ideał – zwykle czuły (do pewnego momentu…),
wrażliwy, rozumiejący kobiety, wie jak zadowolić kobietę,
więc sprawdzi się jako cudowny kochanek. Mężczyzna taki potrzebuje
kobiety, podobnie jak mały chłopiec potrzebuje matki. Szuka więc kobiet
sprawiających wrażenie silnych, a takich w dzisiejszych czasach nie
brakuje. Potrzebuje kobiety, ale nie może jej szanować, z
całą jej kobiecą odmiennością. On po prostu tej kobiecej odmienności
„nie czuje”, bo sam jest niejako kobiecy. Jednoczesne przyciąganie do
kobiet idzie u niego w parze z chęcią ucieczki, bo intuicyjnie wie czym
grozi pozostanie „pod skrzydłami mamusi”. Problem w tym, że nie wie,
gdzie ma uciec, w efekcie często ucieka do kolejnej kochanki… Dawniej
istniały rozmaite rytuały inicjacyjne ułatwiające mężczyźnie ruch w
kierunku tego, co męskie. Dziś pozostaje posłuchanie Hellingera – by
nauczyć się być mężczyzną trzeba psychicznie zbliżyć się do własnego
ojca, uznać, że to „ok. facet” i czerpać z niego pełnymi garściami.
Według Hellingera – mężczyzna tylko rezygnując z tego, co w nim kobiece
może nawiązać trwałą relację z kobietą. Przyjmuje on wówczas kobietę
jako dar i ma dla tego daru i dla kobiety szacunek.
A jak sprawa wygląda z dziewczynkami?
Hellinger bliski jest Freudowi mówiąc, że dziewczynki początkowo
podobnie jak chłopcy są w przestrzeni wpływu matki, jednocześnie
odczuwają fascynację męskością, którą prezentuje ojciec. Jeżeli córka
pozostanie pod urokiem swojego ojca, wówczas będzie funkcjonowała jako
„córeczka tatusia”, dobrze będzie czuła się jako kochanka, ale nie jako
kobieta. By stać się kobietą, dziewczyna musi ponownie zwrócić się ku
swojej matce, niejako „pochylić głowę” przed matką – wówczas będzie
szanowała to co kobiece, a jednocześnie będzie szukała mężczyzny jako
swojego „dopełnienia”.
Pożegnanie księcia i księżniczki czyli zakochanie jest ślepe, miłość ma otwarte oczy…
Paradoksalnie powrót kobiety do matki i mężczyzny do ojca otwiera nam
bramę do stania się dojrzałymi partnerami. By być dojrzałym, najpierw
trzeba się poczuć dzieckiem. Niby to proste i banalne, ale iluż z nas
czuje się lepszymi od swoich rodziców? Ilu z nas pomieszały się role i
zatraciliśmy poczucie „kto w tym układzie jest mądrzejszy i większy”?
Ilu z nas ciągle mniej lub bardziej świadomie niesie dziecięcą potrzebę
by „uratować” swoich rodziców, bo na przykład byli smutni lub chcieli
odejść? W ten sposób również stawiamy się ponad nimi, zamykamy się na
strumień płynący od rodziców. „Rzeka nigdy nie płynie pod górę” mówi
Hellinger. Rodzice dają, a dzieci biorą. Nieporządek wkrada się, gdy
dzieje się na odwrót.
Dla uczestników warsztatów hellingerowskich zaskakującą ulgą jest powrót
na dobre dla nich miejsce w rodzinie – poczucie się w pełni córką
swojej matki, i synem swojego ojca. Dopiero z takiego punktu czują, że
mogą ruszyć „na spotkanie miłości”.
Co ciekawe - nie trzeba wówczas szukać księcia i
księżniczki z bajki. „Tylko ty jedyny…” – słychać w romantycznych
piosenkach i wierszach. Z tym śpiewem na ustach „mamisynkowie” i
„córeczki tatusia” nieustannie poszukują ideałów, którzy wreszcie
zaspokoiliby ich dziecięce marzenie o totalnym ukojeniu. Dojrzali
kobieta i mężczyzna wiedzą, że partner nie musi być idealny. Nie jest po
to, by spełniać dziecięce marzenia o arkadii. Patrzą na partnera z
wszystkimi jego zaletami, wadami i uwarunkowaniami. Gdy wychodzi się z
postawy szacunku wobec tego, co w drugim człowieku inne, wówczas okazuje
się że tak naprawdę każdy jest „wystarczająco dobry”…
Hellinger mówi o miłości od pierwszego i drugiego wejrzenia. Pierwsza
jest fascynacją, powrotem do uczucia dziecka znajdującego pełnię
zaspokojenia przy piersi i u boku matki. Wszyscy zakochując się mylimy
obiekt naszych uczuć z matką – twierdzi Hellinger. Wierzymy, że wreszcie
znalazł się ktoś kto nas uszczęśliwi. Gdy już zorientujemy się, że to
niemożliwe… wówczas mamy szansę na miłość od drugiego wejrzenia. Możemy
teraz pokochać nie ideał, ale konkretnego człowieka. Ta miłość może
trwać i rozwijać się.
Równowaga w związku czyli balans na cienkiej linie…
Etap zakochania mamy już za sobą, nadal szukając odpowiedzi na pytanie
„co czyni miłość szczęśliwą” dochodzimy do tematu potrzebnej równowagi. W
czym pomiędzy mężczyzną i kobietą musi być zachowana równowaga, by
mogli stworzyć udany związek?
Po pierwsze w dawaniu i braniu. By związek był udany muszę
zarówno dawać jak i brać. Ruch ten dotyczy rozmaitych sfer życia;
materialnej i emocjonalnej. Wyobraźmy sobie partnera inwestującego w
rozwój swojej „drugiej połowy” – na przykład w postaci finansowania
wykształcenia. Jeżeli finansowany partner w jakiejś formie nie odda
współpartnerowi włożonego w siebie nakładu, wówczas będzie czuł
obciążenie tym co dostał. Ten ciężar może być na tyle dotkliwy, że
obdarowany będzie chciał odejść.
Inna sytuacja dotyczy oczekiwań stojących za romantycznymi wyznaniami
„bez ciebie nie mogę żyć”, „jeśli odejdziesz, moje życie straci sens…”.
Początkowo takie zdania miło łechcą ego, z czasem stają się obciążeniem
nie do zniesienia. Bo któż może drugiemu dać sens życia? Jest to zadanie
dla rodziców małego dziecka; to oni mają dać poczucie bezpieczeństwa,
sensowności istnienia na świecie i nadziei. Oczekiwanie zaspokojenia
tych potrzeb w partnerstwie jest nieadekwatne. Partner, na którego barki
złoży się tak wiele, prawdopodobnie po jakimś czasie „odmówi współpracy”.
Podobnie równowaga potrzebna jest w życiu seksualnym pary; trudno jest utrzymać związek, w którym
pożądanie leży tylko lub głównie po stronie jednego z partnerów. Musi
on wówczas „prosić”, jest na słabszej pozycji, a drugi może go zawsze
odrzucić nie ponosząc ryzyka.
Dynamika dawania i brania dotyczy również wyrządzonych krzywd. Jeżeli w
partnerstwie doznaliśmy jakiegoś zranienia, na przykład partner nas
zdradził, zrobił jakichś ruch wymierzony przeciwko nam, wówczas aby
przywrócić spokój, my również powinniśmy wyrządzić mu jakiś rodzaj
krzywdy. Wielu to oburza. A gdzie nadstawianie drugiego policzka? Gdzie
wybaczanie? Według Hellingera wybaczając stawiam się na pozycji „ponad”
tym, któremu „odpuszczam winy”. Jestem wówczas silniejszy i dominujący,
co często tylko wypełnia cyrkularną dynamikę kata i ofiary. Tymczasem każdy musi swoją odpowiedzialność ponieść sam. Prośba „wybacz mi” jest próbą
„pójścia na skróty”. Wybaczenie nic nie załatwia, daje tylko pozory
spokoju. To, co można zrobić to powiedzieć z głębi serca „przykro mi, że
tak się stało”. I pozwolić, żeby partner również miał prawo do swojej
„małej zemsty” za doznane przykrości. Wówczas ma szansę nastąpić
równowaga.
Hellinger bardzo pięknie i prosto opisał dynamikę dobrego dawania i
brania w związku. Gdy otrzymuję coś dobrego, mogę oddać odrobinę więcej i
wówczas związek się rozwija. Gdy spotyka mnie coś złego ze strony
partnera, dobrym wyjściem jest oddać to złe, ale w dawce mniejszej.
Wówczas dobro się rozwija, zło maleje, a szansa na udany związek
znacznie rośnie.
Oprócz dawania i brania równowaga potrzebna jest też w innych obszarach.
Na przykład, gdy jeden z partnerów próbuje wychowywać drugiego, czyli
wchodzi w role właściwą rodzicom – wówczas zaburza się harmonia w
związku.
Równowaga potrzeba jest także w uznaniu ważności rodzin, z których
pochodzą partnerzy. Gdy w związku mówi się „moja rodzina jest lepsza”,
bo bogatsza, mądrzejsza czy mająca jakąkolwiek inną przewagę, wówczas
niszczy się związek. Para musi po pierwsze uznać, że obie rodziny
pochodzenia – jakąkolwiek trudną czy pomieszaną historię niosą - są po
prostu równie dobre. Po drugie dostrzec wzorce i przekonania wyniesione z
domów, a następnie na tej bazie w partnerstwie budować własne modele.
Często to istna droga przez ciernie; bo czy na wigilię ma być barszcz,
czy grzybowa? W końcu gotujemy zupę rybną i w niej odnajdujemy własny
przepis na szczęście.
Więź czyli siła alkowy.
„Nie mogę uwierzyć, że moja dawna miłość ma takie znaczenie…” mówi
zadziwiony Jan patrząc na ustawienie swojej rodziny. Przyszedł na
warsztaty z powodu kłopotów z dorastającą córką. Reprezentantka jego
córki ciągle patrzy się w kierunku reprezentantki pierwszej wielkiej
miłości Jana, kobiety, z którą ostatecznie się rozstał, a później poznał
swoją żonę. Córka i „pierwsza miłość” są ze sobą nieświadomie związane.
Dlatego córce tak trudno jest odnaleźć miejsce przy własnej matce, a w
efekcie swoje miejsce w życiu.
Skąd taki zadziwiający obraz?
Hellinger w praktyce ustawień odkrył znaczenie relacji tworzącej się
miedzy mężczyzną i kobietą gdy następuje pomiędzy nimi zbliżenie
seksualne. Nazwał ją więzią. W tym sensie każdy akt seksualny jest
„wiążący”, ma on istotne znaczenie dla naszej duszy, a partner seksualny
na trwałe wpisuje się w nasze życie. Możemy się z nim rozstać, możemy o
nim zapomnieć, możemy go nawet znienawidzić, niemniej na
głębokim poziomie zawsze pozostaniemy związani. Każda kolejna więź ma
słabszą siłę, ta „któraś z kolei” nigdy nie będzie miała mocy pierwszej,
co nie znaczy, że miłość w kolejnym związku nie może być głębsza i
dojrzalsza. Chodzi to o pewien rodzaj biologiczno- duchowego powiązania,
które w swojej istocie przekracza nawet nasze zdolności pojmowania.
Stąd tak istotne jest zrobienie „porządku” w naszych sercach z poprzednimi związkami.
W swoim ustawieniu Jan ze łzami w oczach patrzył na reprezentantkę
Zofii, swojej pierwszej miłości, potem powoli wypowiedział słowa
„szkoda, że nam się nie udało”, po chwili dodał „biorę część mojej
odpowiedzialności za to, że nam nie wyszło, twoją pozostawiam przy
tobie”. Teraz mógł popatrzeć na reprezentantkę swojej aktualnej żony,
miał poczucie, jakby zobaczył ją pierwszy raz w życiu, jakby jej obraz
wcześniej był przysłonięty przez nie załatwioną historią. „Dziękuje, że
czekałaś” powiedział z miłością do żony. Teraz wreszcie był w pełni
obecny, a ich córka Karolina mogła znaleźć dobre miejsce obok swoich
rodziców.
Jabłka pod jabłonią.
Czy Karolina miałaby szansę na udany związek, gdyby jej ojciec nie
zrobił „porządku” w swoich spawach sercowych. Prawdopodobnie będąc
głęboko związaną z pierwszą miłością ojca chętnie wybierałaby role
nieszczęśliwych kochanek. Karolina gdzieś w głębi serca czuła bliskość z
Zofią, choć nigdy jej nie poznała, widziała tylko jakieś ukrywane na
dnie albumu zdjęcie, od babci usłyszała kilka informacji. Temat należał
do tabu. Takie wiążą nas najbardziej.
Ustawienia pozwalają rozwikłać pogmatwane losy. Pokazują czyje historie
osób w rodzinie dźwigamy i z kim jesteśmy nieświadomie związani; z
dziadkiem, który zginął na wojnie, z wcześnie zmarłym dzieckiem lub z
ciocią, która jako Żydówka nigdy nie odnalazła swojego miejsca w
rodzinie. Ile osób, tyle historii. Jesteśmy dziećmi naszych rodzin i
całkowicie nieświadomie z miłości do naszych najbliższych chcemy
„ratować” i „naprawiać” to, co było trudne. Powtarza się prawidłowość
dotycząca „recepty na szczęście” - żyć swoim życiem i stworzyć udany
związek możemy zajmując przynależne nam, własne miejsce w rodzinie. By
je uzyskać musimy pożegnać się w naszym sercu z przodkami, przestać „dźwigać ich los”, a tym samym mieć dla nich prawdziwy szacunek.
Wtedy możemy żyć „pełnią życia”. Wybór należy do nas….
Agnieszka Gąsierkiewicz
artykuł opublikowany w cyklu trzech artykułów w miesięczniku SZAMAN, nr.11.2009, 12.2009, 01.2010
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz