Jacek Borowicz
Z
góry zastrzegam, że tytuł mojej opowieści jest nieco na wyrost. Wydaje
mi się jednak, że otwiera on kolejną, być może z wielu obiektywnych
względów, trudną do częstego stosowania możliwość pracy metodą ustawień systemowych.
|
Praca, którą obserwowałem nie do końca miała miejsce
dokładnie - „na miejscu konkretnego zdarzenia” – ale bez wątpienia jest
przykładem pracy „ w terenie”. Poza salą szkoleniową, w bliskim związku
terytorialnym z miejscem i osobami dramatu…a było to tak…
kończyły się kolejne warsztaty, tym razem organizowane w górach, na
których prowadziłem moje zajęcia. Zbieraliśmy się do odjazdu i – jak to
zazwyczaj w takich sytuacjach bywa – osoby dysponujące samochodami
wspomagały nie zmotoryzowanych uczestników zajęć oferując im możliwość
podwiezienia. Tak też było i w moim przypadku – zabrałem ze sobą kilkoro
uczestników rozwożąc ich po drodze do Wrocławia. W trakcie podróży
wciąż trwały ożywione rozmowy, wymiana doświadczeń,
porównywanie przeżyć i spostrzeżeń, śmialiśmy się wspominając momenty
zabawy i relaksu… W pewnym momencie naszej podróży zobaczyliśmy tablice
informacyjne mówiące o zbliżaniu się do miasteczka „L” - jednego z punktów etapowych naszej drogi powrotnej. I wtedy właśnie N.
– jedna z uczestniczek zajęć, wyraźnie poruszona powiedziała, że
przecież właśnie tutaj, w tej miejscowości mieszkał i zmarł jej wujek
(brat jej babci) - osoba poniekąd zapomniana w rodzinie,
niejednoznaczna, której życie owiane było pewną tajemnicą, niejasnością.
Niektórzy z żyjących członków rodziny przechowali jakieś fragmenty
wspomnień - przy czym w zależności od osoby snującej te wspomnienia – człowiek ten pojawiał
się w zupełnie różnych barwach… N. nie miała okazji poznać go
osobiście, funkcjonował więc w jej świadomości jako strzęp niespójnej
relacji rodzinnej…
…N. sprawiała w tym momencie wrażenie osoby bardzo poruszonej takiej, do której wspomnienie o owym krewnym dotarło w tej właśnie chwili, nagle w jakimś rodzaju olśnienia.
…Porwane, postrzępione i na wpół wyblakłe wspomnienia opowiadały o
człowieku, który miał być uwikłany w jakąś wojenną tajemnicę – była to
historia gdzie służba w AK w czasie II Wojny Światowej mieszała się z
późniejszą służbą w ówczesnym Ludowym Wojsku Polskim. Punktem krytycznym
tej historii było uwięzienie go na kilka lat w ciężkich warunkach -
przy czym niejasne pozostawały motywy tego uwięzienia, przewijały się tu
zarówno kwestie udziału w pospolitych malwersacjach jak i aktualnych w
ówczesnych czasach motywach politycznych, związanych z zemstą za jego
wcześniejszą służbą w AK. Więzienie to tak, czy inaczej odcisnęło się na
życiu tego człowieka ciężką chorobą (gruźlica), naznaczając wszystkie
późniejsze lata jego życia cierpieniem. Wypełniała je pospolita, szara
praca w jednym z prowincjonalnych przedsiębiorstw państwowych - i
jednocześnie społeczna działalność kulturalna jako, że człowiek ten
przejawiał liczne talenty artystyczne i starał się zarazić nimi innych.
Był także motyw wielkiej, niespełnionej miłości, „zwykłego” małżeństwa -
i jedynej, ukochanej córeczki zmarłej przedwcześnie w wieku niespełna
pięciu lat.
Pamiętałem o wcześniejszej pracy z ustawieniem jaką wykonała N.
Znaczący był m.in. motyw jej bardzo trudnej relacji z bratem,
człowiekiem zbuntowanym, skłóconym z życiem, utalentowanym artystycznie,
mającym za sobą epizod ciężkiej choroby oraz kłopotów z prawem.
Podobnych paralel można było się doszukać w losie samej N. – gotowość do
angażowania się w misję społeczną pomagania innym, niespełnione
marzenia o twórczości artystycznej, na koniec konflikt z prawem wynikły
ze spowodowania przez nią wypadku samochodowego.
Widziałem, że emocjonalne poruszenie N. narasta w miarę zbliżania się do „L”. Nagle przyszła mi do głowy dość prosta i oczywista myśl: „Skoro
czujesz się z nim tak czy inaczej związana – może pojedziemy na
cmentarz i zapalisz dla niego świeczkę? I tak tu jesteśmy i nie
śpieszymy się nigdzie. Czy wiesz gdzie jest pochowany?”
Z trudem udało się N. zrekonstruować rozproszone relacje rodzinne
mówiące o okolicznościach śmierci i pochówku krewnego. Paradoksalnie -
najwięcej informacji posiadała jedna z ciotek pielęgnująca
czarną legendę na jego temat. Tablica z mapą miasta wprowadziła pewne
zamieszanie jako, że było na niej uwidocznionych kilka cmentarzy. Drogą
eliminacji wybraliśmy jeden z nich i udaliśmy się tam we dwoje. Biuro
cmentarza było nieczynne. Pozostało nam więc kierować się niejasnymi
wskazówkami topograficznymi przekazanymi kiedyś przez jedną z sióstr
zmarłego.
Rozdzieliliśmy się tak, aby przeszukać sprawnie jak największy obszar cmentarza. „Gdzie jesteś?” - zadawałem w myślach to pytanie - krążąc
po jego alejkach. Nasze zadanie – biorąc pod uwagę rozmiar cmentarza -
wyglądało dość beznadziejnie. Niemniej jednak w końcu udało się – i to N. była osobą, która odnalazła go samodzielnie… To co zobaczyliśmy na miejscu było w pewien sposób wstrząsem – było to
tak, jakbyśmy nagle zostali zaproszeni do udziału w ustawieniu, w
którym osoby do lat czekają na dopełnienie obrazu… Zobaczyliśmy więc
grób wujka N., a tuż obok – dosłownie fizycznie „przyklejony” do jednego
z jego boków, położony jakby u stóp ojca - mały grób dziecka. Nie był
więc to wspólny pochówek w jednym grobie rodzinnym ani nie były to po
prostu dwa groby członków rodziny położone obok siebie. A rok śmierci córki był rokiem narodzin N. …
|
| |
|
Widziałem wielkie poruszenie emocjonalne N., w jej oczach pojawiły
się łzy, ciało drżało, jej cała uwaga była zogniskowana na obrazie jaki
ujrzeliśmy. Ja osobiście także miałem kłopot z zachowaniem chłodnego
umysłu obserwatora . Zauważyłem już wcześniej, że mój stan emocjonalny w
trakcie prowadzenia ustawień jest dla mnie dość precyzyjną wskazówką
odnośnie tego, czy w danym momencie w tworzącym się
obrazie dzieje się coś właściwego. Teraz miałem odczucie bardzo mocnego
przepływu energii, czułem silne wzruszenie… być może biorąc również
udział w procesie formowania się obrazu konstelacji tej gałęzi rodziny N.
…Starając się wspomóc N. zaproponowałem jej, żeby zajęła swoje
miejsce w relacji do tej właśnie odnalezionej części rodziny. Chciałem,
żeby wejrzała w trudny los tego człowieka i jego dziecka. „Przedstaw im się proszę...niech cię rozpoznają…”.
”…mam na imię N. i ja - tak jak i ty – też należę to tej rodziny. W
moim życiu - tak jak i w twoim są pewne zdarzenia i momenty, które są
dla mnie trudne…bardzo trudne. Ale też są w nim rzeczy dobre i jasne.
Tak jak i ty mam córkę… Ty odszedłeś dawno temu i nie mogłam poznać cię
osobiście. Szkoda… Ale jestem tu dzisiaj, teraz i zostanę
na tym świecie jeszcze jakiś czas. Zrobię z moim życiem to, co potrafię
najlepszego – na mój własny sposób. Zrobię to także na twoją pamiątkę.
Pobłogosław mnie proszę, kiedy będzie mi się dobrze działo…” - i N.
spontanicznie, nie dbając o otocznie, pochyliła się w pokłonie… Bardzo
mocno czułem, że to co się dzieje jest właściwe… Potem N. stwierdziła,
że czuje mocną więź z córką swego wujka. „Czy mogę również z nią poznać się bliżej?”. „ Zrób to co jest właściwe”- powiedziałem…
„Jestem N. i jestem twoją krewną, jestem młodsza od
ciebie…przyszłam na świat wkrótce po twoim odejściu…szkoda, że nie
mogłyśmy się poznać…masz dobre miejsce w moim sercu…” – i znowu N. pokłoniła się przed losem swojej kuzynki.
|
| |
Na zakończenie rytuału N. zapaliła znicz na grobach swoich krewnych.
Miałem wrażenie jakby w tej szczególnej chwili otaczała nas aura spokoju
i delikatna cisza… Poprzednie doznania energetyczne ustały, oddech stał
się lekki, spokojny. Coś ważnego się dokonało. Teraz obraz tych dwóch
grobów budził we mnie czułość i szacunek dla losu tych dwojga… Czułem, że N. mogła już pójść w swoją stronę…
Wiem, że od tego czasu N. udało się uzyskać, od innych członków rodziny, więcej
dobrych informacji o losie swego krewnego. Kiedy zdarza jej się
przejeżdżać tą drogą znajduje czas, żeby zapalić dla niego znicz
podtrzymując dobrą pamięć w swoim rodzie. Jej trudna relacja z bratem
uległa pewnej poprawie, którą w porównaniu ze stanem uprzednim, można by
nazwać radykalną – choć jest to zaledwie krok na drodze do odbudowania
więzi rodzinnej. Co nieoczekiwane – inicjatorem tej odbudowy był w tym
przypadku po raz pierwszy brat…
Komentarz
Patrząc na tą pracę od strony metody warto zwrócić uwagę, że mieliśmy
tu do czynienia z dwoma „statycznym” postaciami ustawienia, które same z
siebie nie mogły komunikować się wprost z N. Musieliśmy więc bazować na
naszych odczuciach i wrażeniach. Oczywiście, przy odrobinie odwagi
można było stanąć na miejscach dwojga zamarłych zajmując pozycje ich
reprezentantów. Ja poszedłem bardziej tropem prac z
przodkami w „stylu” Daan’a van Kampenhouta , jakie mogłem obejrzeć w
jego wykonaniu w ramach sfilmowanego warsztatu „Black holes in the
tribal soul”. W pewien sposób idąc przez cmentarz i szukając grobu
przodka N. odbywała symboliczną drogę przez kolejne pokolenia. Nie był
to po prostu spacer, N. idąc musiała w skupieniu zwracać
uwagę na tablice nagrobne i napisy zawierające nazwiska i daty –
poniekąd cofając się tym samym w czasie. W końcu odnalazła tego przodka , z którym być może była najbardziej związana, i który w sobie właściwy sposób reprezentował dla
niej najpełniej jakiś istotny aspekt losu dziedziczonego w tej
rodzinie. Ponieważ N. nie znała go osobiście istotne było nawiązanie na
nowo świadomej więzi – przedstawienie się, wskazanie swego miejsca w
rodzie oraz pokrewieństwa losu . Wydobywało to jednocześnie przodka z zapomnienia i dawało mu należne miejsce w rodzie.
Na zakończenie chce dodać, że N. - bohaterka moje opowieści
przeczytała ją przed puszczeniem w „świat” i zaakceptowała moją chęć
podzielenia się tym niezwykłym doświadczeniem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz