Odnosząc się do zamieszczonych w NŚ nr 7 felietonów dotyczących
rekonstrukcji wojennych chcę opisać osobiste doświadczenia dotyczące losów
wojennych. Osobiste nie w sensie mojej własnej historii – na szczęście mój
PESEL póki co ochronił mnie – oby jak najdłużej – od rzeczywistości wojennej. Osobiste
– ponieważ dzięki mojej nieustannie zadziwiającej mnie pracy dane jest mi
odczuć pewne aspekty tego, co należy do historii.
Zajmuję się od kilkunastu lat
ustawieniami hellingerowskimi i pewnie
gdym tej metody nie znała, tylko usłyszała od kogoś to, co chcę teraz
powiedzieć – uznałabym ten przekaz za stek bzdur, do tego raczej szalonych.
Nie
zamierzam nikogo przekonywać do słuszności i ontologicznej mocy doświadczeń
pojawiających się w ustawieniach, ja ze swojej strony opierając się na pewnie
idących już w tysiące procesach, mogę tylko powiedzieć, że im ufam. Wiem też,
że rozwiązania przychodzące do nas poprzez ustawienia przynoszą wyraźne pozytywne
skutki w życiu osób szukających pomocy. A
jak ma się to do tematyki rekonstrukcji bitewnych?
Otóż w ustawieniach, w których pracujemy z konkretnymi tematami przynoszonymi przez klientów – na przykład z ich trudnymi emocjami, z relacjami z ludźmi, z powodzeniem w życiu, z objawami psychicznymi lub somatycznymi– często ujawnia się pewne szczególne, lokujące się gdzieś na poziomie duszy połączenie danej osoby z trudnym losem w historii jej rodziny. Czas wojny jest – nie trzeba nikogo przekonywać – wyjątkową kondensacją dramatów losu. Co ciekawe, tematyka przeżyć z okresu II wojny światowej pokazuje się dzisiaj bardzo wyraźnie u wnuków, prawnuków tych, którzy wówczas doświadczyli cierpienia. Doświadczając traumy „zaciskamy się” wewnętrznie, spinamy nasze odczucia i ciało, nie dopuszczamy ich w pełni do siebie, bo byśmy tego zwyczajnie nie udźwignęli. I może w przypadku wojny potrzeba pokoleń, ponad 70 lat, żeby powoli ból mógł odpuścić…
Dopiero u potomków
może się on krok po kroku transformować.
Szukając z moimi klientami rozwiązania ich osobistych
kłopotów często stajemy wobec historii wojennych. Wiele towarzyszących nam
odczuć, tendencji przeszło już przez jedno, dwa pokolenia i wydaje się mieć
źródło właśnie w czasach wojny. Tam znajdujemy początek paraliżujących lęków,
objawów psychosomatycznych, wewnętrznych ograniczeń stojących na przeszkodzie
osobistemu szczęściu. Metoda, którą pracuję prowadzi nas wyraźnymi odczuciami
poprzez określone historie. W danym
momencie stajemy się uczestnikami walki, możemy na pewnym poziomie poczuć na własnej skórze, jak to jest zabić i
być zabijanym, jak to jest znajdować się na polu bitwy, jak to jest zostać
porwanym przez zawieruchę wojenną, osieroconym lub wtrąconym do niewoli. Zawsze
podkreślam – dane nam to odczuć na pewnym poziomie, nigdy nie możemy
powiedzieć, że nasze odczucia wypełniają całość danego doświadczenia. A nawet
mimo to, moc przeżyć jest niekiedy tak intensywna, że poruszamy się na granicy
naszej możliwości doznawania. Dotyczy to cierpienia, bólu, ale także
nienawiści, poczucia wyższości u sprawcy, przerażającego lęku u ofiary, powolnego
brania odpowiedzialności za dokonane zbrodnie, oniemiałego stania wobec tego, co
się wydarzyło. Co zadziwiające potomkowie uczestników działań wojennych często
doznają nie tylko odczuć swoich bezpośrednich przodków, ale także osób „z
drugiej strony barykady”. Przykładowo wnuk więźnia obozu może odczuwać
utrudniające mu codzienne funkcjonowanie paniczne przerażenie ofiary, ale także
bezwzględną chęć zadawania bólu będącą doznaniem sprawcy.
Przytoczony opis procesu terapeutycznego może wydawać się
łudząco podobny do rekonstrukcji wojennych. Różni je wolicjonalność i celowość.
W ustawieniu podążamy za procesem, który niejako nas prowadzi, nigdy nie wiemy
jaka będzie jego tematyka i dynamika, tak więc tematów wojennych nie
wywołujemy, ona pojawiają się same. Po drugie – celem nie jest tu ponowne przeżycie określonych
historii, jest nim natomiast
rozwiązanie
naszej nieświadomej łączności z dawnymi losami.
Co pomaga rozwiązać nasz nieświadomy rezonans z przeszłością
rodu? Po pierwsze wyraźne dostrzeżenie z kim, z czym jestem powiązany. Po
drugie pełna szacunku postawa wobec wszystkiego, co należy do losu naszych
przodków, bez wyższościowego oceniania ,
litowania się czy wybaczania komuś – po
prostu szacunek dla tego, co miało miejsce dokładnie takiego, jakie było. Gdy
zawiesimy naszą tendencję do oceny, z zadziwieniem możemy dostrzec, że
najgłębszy spokój przychodzi, gdy ofiara podaje rękę sprawcy… i trwają oboje w
pełnej spokoju ciszy, która zawiera cały ból, cierpienie, odpowiedzialność za
czyn, a jednocześnie ta cisza i spokój pozwala przejść na poziom, gdzie znika
podział i pozostaje połączenie w większej całości. Po trzecie – co istotne w kontekście tematu
rekonstrukcji - odzyskujemy własne szczęście,
zdrowie i życie, gdy pozostawiamy dawne losy w ich miejscu i odwracamy wewnętrzne spojrzenie ku naszym osobistym
tematom. W ustawieniach wyraźnie widać, że dopóki potomkowie patrzą się na
dramaty przodków, dopóki czegoś od nich potrzebują lub chcą coś dla nich
zrobić – dopóty przodkowie nie mają
spokoju. Jakkolwiek w szalony sposób to
brzmi, wielokrotnie doświadczałam w procesach z klientami odczucie spokoju i
ulgi przodków, gdy ich następcy, a moi klienci z szacunkiem odwracali się od dawnych historii
i zaczynali zajmować tym, co ich własne – własnym życiem, rodziną, pracą. Niekiedy
wcale nie jest łatwo oderwać spojrzenie od przeszłości, bo tak wiele naszej
(najczęściej nieświadomej) miłości tam podąża. Gdy się to uda, wówczas przodkowie „oddychają z ulgą i zamykają oczy”.
Czy dokonując rekonstrukcji wojennych nie „budzimy”
nieustannie naszych przodków? Podobnie jak czynimy w wezwaniu „stańcie do
apelu”… oni już swoje odstali… mają prawo nie być wzywani. Nikomu to nieustanne
wzywanie nie służy – ani przodkom, ani nam.
A może to kolejne pokolenie, w duszy którego wojna (wojny)
ciągle się nie skończyła, potrzebuje rekonstrukcji bitewnych by zbliżyć się do
tematu na tyle intensywnie, aby potem móc go rozwiązać? To co nieświadome w ten
sposób dobija się do świadomości i domaga transformacji. Podobnie jak w
przypadku jednej z moich klientek, która nosiła ciężkie glany, spodnie khaki i
kurtki w kolorze moro, a gdy w terapii odkryła jak silnie powiązana jest z
losem pradziadka, który zaginął na froncie, sama z zadziwieniem stwierdziła, że
pierwszy raz w życiu ma ochotę ubrać się w lekką sukienkę...
Agnieszka
Gąsierkiewicz
tekst zamieszczony w miesięczniku Nieznany Świat nr 10/2014 .
Inspiracją do napisania powyższego artykułu był felieton Redaktora Marka
Rymuszki na temat rekonstrukcji wojennych -Nieznany Świat nr 7/2014

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz